Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fryderyk Chopin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fryderyk Chopin. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 października 2011

O sukcesie Najdłuższych Urodzin
i emocjach przed pierwszym
Świętem Muzyki

Wywiad z Marcinem Wojdatem
Dyrektorem Centrum Komunikacji Społecznej
Pełnomocnikiem Prezydenta m.st. Warszawy ds. współpracy z organizacjami pozarządowymi
Przewodniczącym Kapituły Konkursowej w Konkursie na Najlepszą Warszawską Inicjatywę Pozarządową Roku 2010

Eliza Celoch: Czy Pan jako członek Kapituły Konkursowej mógłby się wypowiedzieć na temat werdyktu Konkursu na Najlepszą Inicjatywę Pozarządową Roku 2010? Co Pan myśli o Najdłuższych Urodzinach?

Marcin Wojdat: Najdłuższe Urodziny - to było wydarzenie wyjątkowe między innymi w kontekście organizacyjnym. Do jego realizacji nie wykorzystano dużych środków finansowych i technicznych. Wyjątkowością tej inicjatywy była również spontaniczność. I właśnie to zostało uhonorowane przez Kapitułę Konkursu. Najdłuższe Urodziny wpisywały się spontanicznie w oficjalną politykę miasta w kontekście Roku Chopinowskiego. To było bardzo ważne - pokazanie, że Chopin był z Warszawy. A co ciekawe, wśród członków Kapituły nie było muzyków.
Wartości artystyczne w tej inicjatywie są oczywiste, ale podczas Najdłuższych Urodzin muzyka stała się także narzędziem, które służy budowaniu tożsamości miasta, społeczeństwa i budowaniu odpowiedzialności za miasto, w którym żyjemy. Mam wrażenie, że właśnie te aspekty przeważyły za takim wyborem Kapituły. Najdłuższe Urodziny przypomniały mieszkańcom Warszawy, że w ich mieście żył i tworzył artysta-kompozytor z najwyższej półki - najwyższej klasy. Frekwencja pokazała, że po prostu było warto. Wiele osób poczuło, że muzyka Chopina i Warszawa, w której żyjemy to jedno.
W konkursie było wiele nominowanych inicjatyw. Ale prawie jednogłośnie zdecydowaliśmy, by Grand Prix przyznać Stowarzyszeniu Mieszkańców Ulicy Smolnej za zorganizowanie Najdłuższych Urodzin.

E.C.: Co Pan myśli na temat idei Święta Muzyki i Kwartału Muzycznego?

M.W.: Dla mnie Święto Muzyki to inny sposób podejścia do przestrzeni miejskiej, jest to swego rodzaju Święto Miasta. Muzyka może być wyzwolicielem energii społecznej. Takie święto ma potencjał do tego, by ją wyzwolić, by ludzie odkryli tożsamość miejsc, ich historię, inaczej spojrzeli na miejską przestrzeń. Przy Najdłuższych Urodzinach to się sprawdziło. Święto Muzyki może zainspirować do zmian. Chciałbym, żeby ludzie w Warszawie czuli się dobrze. Oni to miasto wybrali. Kwartał Muzyczny byłby innym zagospodarowaniem fragmentu stolicy. Jeśli Święto Muzyki spodoba się mieszkańcom Warszawy, to ta przestrzeń w Śródmieściu będzie tętniła muzyką.

rozmowę przeprowadziła
ELIZA CELOCH

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

O muzyce, która sprowadza ludzi na wymarzoną płaszczyznę porozumienia
-rozmowa z Jarosławem Chołodeckim przeprowadzona przed Świętem Muzyki

Eliza Celoch: Roland Barthes w jednym ze swoich tekstów stwierdził: „Może na tym polega wartość muzyki: że jest dobrą metaforą”. Czym dla Pana jest muzyka?

Jarosław Chołodecki: Dla mnie muzyka jest pewnym formalnym zabiegiem, który sprawia, że w sposób intensywny uruchamia się obszar emocji, a to jest potrzebne do tego, by uruchomić intelekt. To przedpokój do tego, by się zmienić. Po drugie jest to świat pasji bardzo wielu osób. Muzyka towarzyszy im wszędzie, ale nie tworzy z nich społeczności. W mieście na ulicach można zauważyć wielu ludzi, którzy mają słuchawki na uszach. Zamykają się w świecie dźwięków. Stanowią tłum, ale słuchają muzyki w pojedynkę. Dzięki słuchawkom są odizolowani od rzeczywistości. A ryzykują życie, bo nie słyszą dźwięków ptaków, samochodów, konającej babci. To zbiorowe słuchanie muzyki nie tworzy społeczeństwa. To rozproszone atomy, a my chcemy stworzyć cząsteczki.

Ci ludzie stosują muzykę jak tabletkę na uspokojenie lub pobudzenie. Jest to instrumentalne traktowanie muzyki. Moim zdaniem muzyka może być użyta do budowania społeczeństwa. Owszem, znów dochodzi tu do używania muzyki, ale nie wstydzę się tego, że muzyka może być użyta do czegoś dobrego. Tak jak skalpel może służyć do mordowania lub pomagania ludziom.

Mieszkałem przez wiele lat w USA i poznałem tam pewien klub bluesowy. Woziłem tam również Polaków. Pamiętam ich wielkie zdziwienie. Klub bluesowy nie był wspaniały dlatego, że słuchało się w nim bluesa. Jego niezwykłość polegała na niepowtarzalnej atmosferze – ludzie czuli się tam jak jedna wielka rodzina. U nas w miejscu, w którym wielu ludzi słucha muzyki, nie wytwarza się między nimi żadna więź.

Opisuję to jako eksperymentator muzyczny – nie jestem muzykiem ani muzykologiem. Jestem konsumentem muzyki, animatorem społecznym, zajmuję się projektami społecznymi i doświadczenie, które zdobyłem, pomaga mi i stanowi dla mnie stały punkt odniesienia. Działanie jest dla mnie ważniejsze niż intelektualna synteza. Pewnie bardziej podświadomie niż świadomie odwołuję się do muzyki jako narzędzia, które sprowadza ludzi na wymarzoną płaszczyznę porozumienia.

Ludzie często w reakcjach na sztukę prezentują, powiedziałbym, bardzo długo ćwiczone postawy powściągliwe. A dźwięki uruchamiają pewne wspomnienia.

Kiedyś byłem świadkiem tego, jak pewna Amerykanka rozpłakała się na koncercie, słuchając Chopina. Później spytałem ją: Dlaczego Pani płakała? Okazało się, że na jej wzruszenie złożyła się suma różnych rzeczy. Muzyka, Chopin, wspomnienia z Warszawy. To była piramida przeróżnych skojarzeń. W efekcie Amerykanka była nieziemsko wzruszona. A wzruszenia są nam wszystkim potrzebne. One zmieniają. A każdemu potrzebna jest zmiana, odskocznia od tego, co robimy w sposób automatyczny, bezrefleksyjny.

W czasie najdłuższych urodzin pełniłem funkcję odźwiernego i przekonałem się, jak muzyka jest przerażająco potrzebna. Jest jak środek terapeutyczny, jak aspiryna. Jedna ze słuchaczek wyznała:

- Od dwudziestu lat nie zdarzyło mi się być tak szczęśliwą.

Nie ma chyba jednego syntetycznego określenia, czym dla człowieka jest muzyka.

E.C.: Czy mógłby Pan opowiedzieć o idei Święta Muzyki? Co się Panu w niej najbardziej podoba?

J.Ch.: Święto Muzyki zdaje mi się być wielkim happeningiem, wielką próbą przełamania takiego dziwnego uporu, stanu, w którym jesteśmy na coś nieprzygotowani. Święto Muzyki ma stworzyć przestrzeń, w której mogą się wyrazić ci, którzy jeszcze nie skończyli ostatniego semestru, nie dograli ostatniego akordu, ale dzielą się i radują tym, co już posiedli. Niezależnie od tego, czy jest to gra na fortepianie czy na grzebieniu. Tu nie ma żadnych warunków wstępnych. Chcesz? Graj! Gdzie? Gdzie chcesz. Po drugie jest to wyjście ze sztuką, żeby uświadomić nam wszystkim, jak ona zmienia świat.

Poczujemy smak miasta muzyki, gdy ona zabrzmi wieloma głosami i konwencjami. To będzie dla nas takie doświadczenie na chwilę, jakby to było, gdyby Warszawa naprawdę była jednym wielkim Świętem Muzyki.

Ludzie szukają różnych pretekstów do tego, by poczuć się lepiej. Można Święto Muzyki porównać do Nocy Muzeów. Oto muzea, które kojarzą się z naftaliną, starszą panią naraz stały się atrakcyjne nocą. Zwiedzanie o tej porze - prosty zabieg przestawienia akcentów, to wywołało entuzjazm. Ludzie wyszli na ulicę. Nie wierzę, że wszyscy jeździli do muzeów. Często wałęsali się, ale było to piękne wałęsanie się. Bez służb porządkowych. I było bezpiecznie. Nie słyszałem, by ktoś tej nocy kogoś zadźgał, by doszło do jakichś aktów gwałtu. Wydarzenia tego rodzaju co Noc Muzeów są dużym sukcesem. Dzieje się tak dlatego, że lubimy czuć się zaproszeni w sposób niezwykły.

Na Święcie Muzyki artystów nie będziemy widzieli w ich normalnych anturażach. Marzymy o tym, by oni wystąpili wręcz na ulicy. Wtedy zaistniałaby inna relacja uczestnik-wykonawca. Byłby to także pierwszy krok do przekonania w Warszawie wielu nieprzekonanych, że Warszawa jest wspólnym poletkiem. Miasto jest wytworem, który umożliwia kulminację, miejscem, w którym ludzie mogą się wymieniać, inspirować, tworzyć. Po to powstało miasto. Ale również tworzy ono pewne reguły postępowania. Święto Muzyki jest kolejną okazją do tego, żeby przyspieszyć proces takiego uszlachetniania miasta, podnoszenia jego walorów miejskich. To nie wystarczy, że ludzie mieszkają gęsto. Oni muszą się inaczej zachowywać. To niezwykle ważne.

Święto Muzyki to doskonała okazja do tego, by stworzyć... koalicję. Przy czym niczemu się nie podporządkowujemy. Święto Muzyki jest przykładem tego, jak można coś zrobić razem w drodze porozumienia, umowy bez sztywności organizacyjnej, sztabów. To będzie test na to, jak nam wychodzą koalicje. Często żeby je stworzyć, trzeba szukać przywódców, w ogóle budować strukturę pionową.

Tymczasem koalicja funkcjonuje wtedy, gdy potrafimy słuchać, używamy siły argumentu nie argumentu siły. W przypadku Nocy Muzeów to było proste. Muzea otwierane były nocą. W naszym przypadku jest dużo trudniej, bo my musimy zaprezentować wieczór muzyki. I to muzyki różnorodnej. Ale powinniśmy pochować różne uprzedzenia, sympatie. Musimy przekonać innych. Jesteśmy w trudnej sytuacji. To dobre szkolenie obywatelskie.

E.C.: Czy mógłby Pan opowiedzieć o działalności Stowarzyszenia Mieszkańców Ulicy Smolnej przejawiającego inicjatywę w organizacji Święta Muzyki?

J.Ch.: Organizowaliśmy najdłuższe urodziny Fryderyka Chopina. Powtórka była w kościele Wizytek. Organizujemy różne wydarzenia artystyczne. Dwa lata pracujemy nad projektem Kwartału Muzycznego. Święto Muzyki jest jego świetną promocją. To się składa, zazębia. Tak się składa, że w Święto Muzyki odbędzie się też święto naszej ulicy. Chcielibyśmy, aby każda kamienica była miejscem akcji. Na podwórkach usłyszymy jazz, rock'n'roll, muzykę ludową. Będzie inna akustyka, inne warunki uczestnictwa w sztuce w przestrzeni, która na co dzień nie kojarzy się ze sztuką.

E.C.: Czym jest Kwartał Muzyczny – jedyna w swoim rodzaju muzyczna dzielnica?

J.Ch.: Jeszcze go nie ma, jest w naszych marzeniach. Chodzi nam po głowie taki pomysł, żeby Warszawa, która została po wojnie dość chaotycznie zasiedlona, miała dopalacz aktywności w mieście. Sztuka sprzyja kreacji, bo sama jest kreacją, doszłoby więc do synergii kreacji (różne dziedziny sztuki). Powstałaby przestrzeń inkubacji artystycznych zachowań. Czasy, w których żyjemy niezwykle premiują to, co jest dziełem mózgu, a nie fabryki. Fabryka stała się symbolem dziewiętnastego wieku. To, co się liczy to to, co jest twórcze. Więc jeśli Warszawa ma być nowoczesną metropolią, musi być wietrzona sztuką. Przy czym jako miasto Chopina jest do tego szczególnie predestynowane. Obecnie Warszawa ma tyle samo mieszkańców, co przed wojną, ale jest trzy razy większa. Oczywiście nasze plany nie dotyczą całego miasta. Interesuje nas centrum, obszar, na którym znajduje się Instytut im. Fryderyka Chopina, Uniwersytet Muzyczny im. Fryderyka Chopina, Salonik Chopinowski na Smolnej, Foksal, na którym mamy zmasowanie klubów i restauracji, a który przed wojną był ulicą rozrywkową. Niczego tu nie wymyślam, nadaję tylko miano – Music Quarter. I nie ma możliwości, żebyś nie trafił na swoją muzykę, wszędzie będą różne style muzyczne.

W końcu dla warszawiaka będzie to też nowy symbol tego miasta. Będzie to miasto akcji, wrzenie świata. Istnieją na przykład miasta historii, kontemplacji, Warszawa jest raczej odbierana jako miasto-bohater.

Chciałbym, aby w ramach Kwartału Muzycznego nastąpiło radosne wyjście muzyków do ludzi. Według statystyk 84 % absolwentów Wydziału Instrumentalnego nie znajduje pracy. Absolwenci czują się spełnieni, ale to spełnienie nie pomogło im w znalezieniu pracy. Ważne jest to, aby uświadomić sobie, że muzyka to produkt, który można sprzedać. Ludzie grając, robią coś dobrego dla innych.

Tymczasem wykształcenie muzyczne kosztuje dużo pracy i pieniędzy. Są to studia, na których panuje bardzo wielka rywalizacja. Młodzi muzycy ćwiczą wiele godzin, zdają bardzo ciężkie egzaminy. Również sposób kształcenia prezentuje się w ten sposób, że na jednego profesora przypada kilku studentów, a czasem są to proporcje jeden na jeden. W muzyków zainwestowano więc wielką pracę i wielkie pieniądze. W efekcie absolwenci ci stają się najdroższymi bezrobotnymi. Nie pojawiają się nowe pomysły na stworzenie nowych orkiestr i teatrów, są raczej nowe pomysły na zamykanie orkiestr i teatrów. Świat nie chce się absolwentom Akademii Muzycznych godziwie zrewanżować za tę pracę, zapłacić za nią.

Wszystko to nie jest jednak „gadaniem pięknoduchów”. Jeśli dzięki powstaniu Kwartału Muzycznego uda się zatrudnić dwustu absolwentów, to będzie duże osiągnięcie.

E.C.: Muzycy grający w plenerze byliby swego rodzaju atrakcją turystyczną. W wywiadzie dla TokFm powiedział Pan: „Muzyka nie ma być tłem, ma być grana na żywo, ma uwodzić przechodniów i zapraszać, ma charakteryzować miasto, ma być dedykowana osobom słuchającym”. Muzyka wkomponowana w krajobraz: doznania estetyczne plus wartości poznawcze to dość nowatorskie zwiedzanie połączone z obcowaniem ze sztuką. Atrakcyjny mariaż kultury i turystyki – tego jeszcze nie było. Czy to początek jakiegoś nowego interesującego zjawiska? Czy będą powstawać jakieś inne projekty tego typu?

J.Ch.: To, co się zdarzy, niezwykle zdynamizuje układ. Obecnie podział ról w mieście jest dość przewidywalny. Dojdzie jednak do pewnych przesunięć.

Spójrzmy na przykład na Jandę. Założyła swój własny teatr i już jako aktorka nie musi dostosowywać się do reżyserów, dyrektorów, sama stała się dyrektorem, znalazła przestrzeń do artystycznego spełniania się.

Chcemy, aby Warszawa myślała o sobie jako o mieście wielkiej przygody, artystycznej prowokacji, a tak o sobie nie myśli. Artyści nie myślą o sobie jak o najważniejszych obywatelach. Biura podróży nie myślą o sobie jak o biurach w atrakcyjnym mieście Chopina.

A to my wygrywamy na perkusji rytm tego miasta. Powinniśmy je zmienić. Chodzi właśnie także o ten przełom w myśleniu. Gdyby udało się zrealizować ideę Kwartału Muzycznego, przedsiębiorcy, restauratorzy będą mogli myśleć o sobie nie jak o producentach schabowych, ale jak o mecenasach sztuki. Może dojdzie do tego, że taksówkarz, który przewozi obcokrajowców z lotniska, założy krawat i garnitur. Ubierze się tak na powitanie, specjalnie po to, by zawieźć turystę do miasta muzyki. Chcemy, aby Warszawa była miastem wabiącym muzyką.

Tymczasem nikt nie pomyślał, że na lotnisku, które nosi nazwę im. Fryderyka Chopina nie pada ani jedna nuta.

Ja bardzo liczę na to, że Music Quarter odmieni miasto. Marzyłbym o tym bardzo.

E.C.: Czy w przyszłym roku również odbędzie się Święto Muzyki? Czy będzie to stały punkt programu czerwcowych imprez kulturalnych w Warszawie?

J.Ch.: Jeśli tylko przyjdą słuchacze, naturalnie będzie to impreza cykliczna. W Paryżu podczas pierwszego Święta Muzyki na ulice wyszło trzy tysiące ludzi grających. Odtąd liczą się tam tylko dwa święta: zdobycie Bastylii i Święto Muzyki.

21 czerwca przygotować się muszą wszyscy: artyści, turyści, mieszkańcy Warszawy. Będziemy celebrować muzykę i muzyków.

rozmowę przeprowadziła
Eliza CELOCH

sobota, 16 lipca 2011

Warto oswajać się z publicznością!
rozmowa z pianistką Joanną Maklakiewicz

Nie jest uznanym zwyczajem, aby muzycy angażowali się w organizowanie muzycznych przedsięwzięć. Jedni nie muszą tego robić, bo wyręcza ich w tym profesjonalny impresariat; inni nie chcą, bo przecież nie do nich należy taka rola. Jeszcze inni, po prostu, nie potrafią. A czy powinni?

Joanna Maklakiewicz w roli gospodarza koncertu jubileuszowego z okazji 150. rocznicy urodzin Ignacego Jana Paderewskiego - Zamek Królewski, fot. Tomasz Kwiatkowski

- Oczywiście, że nie muszą! – komentuje pianistka Joanna Maklakiewicz. – Są to dwie niezależne dziedziny nie mające na siebie wpływu. To raczej kwestia predyspozycji, cech osobowości konkretnego człowieka. Ja na przykład lubię to, ale przecież nie robię tego profesjonalnie. Zwykle traktuję to jako uzupełnienie mojej pracy dydaktycznej.

Nasza rozmówczyni, adiunkt na warszawskim Uniwersytecie Muzycznym i kierownik Sekcji Fortepianu w Szkole Muzycznej przy Bednarskiej, regularnie organizuje występy dla swoich studentów. Ci młodzi ludzie nie mają jeszcze wyrobionej pozycji, nie są znani, ale niejednokrotnie mają już wiele do zaoferowania.

- Warto, żeby młodzi oswajali się z publicznością – potwierdza Maklakiewicz. – Niejednokrotnie są już wystarczająco dojrzali, najlepsi z nich wygrywają konkursy i koniecznie powinni grać! Pamiętajmy, że niejeden genialny muzyk żył krótko… – dodaje żartobliwie.

Jednocześnie podkreśla, że nie jest wcale wyjątkiem:

- Na Uniwersytecie jest więcej osób, które w ten sposób pomagają studentom. Choć uczelnia dba przede wszystkim o najlepszych, to wiemy, że czasem warto dać szansę także tym trochę słabszym. Nieraz stanowi to dla nich prawdziwą mobilizację do pracy nad sobą. Ale kategorycznie odmawiam promowania osób muzycznie słabych. Nie może być mowy o faworyzowaniu na siłę, bo nikomu nie wychodzi to na dobre. Nie zajmujemy się kreowaniem gwiazd, ale wspieraniem osób naprawdę zdolnych.

Mówiąc o szczerości i prawdzie, Joanna Maklakiewicz unika patosu:

- Nie myślę o tym jako o edukacyjnej misji. We mnie sztuka wzbudza zachwyt, po prostu. A jak wzbudza go we mnie, to chcę się tym zachwytem dzielić z innymi. Dlatego chętnie angażowałam się w organizowanie wydarzeń takich jak Najdłuższe Urodziny Fryderyka Chopina 2010, gala jubileuszowa 150. rocznicy urodzin Ignacego Jana Paderewskiego czy cykl koncertów w kościele Wizytek w tym roku. Wszystkim im przyświecał szczytny cel – uzasadnia artystka, która nie tylko otaczała wszystkie te wydarzenia merytoryczną opieką, ale także sama dawała popisy swoich pianistycznych możliwości. Jest przekonana, że obie role nie wykluczają się wzajemnie:

- Zwykle nie jest wcale konieczne długie medytowanie i przygotowywanie do występu, wystarczy kilka minut skupienia – podkreśla. – To cecha zawodu, że trzeba umieć skoncentrować się na zawołanie. Dlatego zaangażowanie w organizację koncertu nie ma negatywnego wpływu na moją grę, a przecież zarówno granie samemu, jak i wspieranie gry innych osób daje wiele satysfakcji. Ta satysfakcja płynie z radości dzielenia się z innymi tym, co sama uważam za piękne.

rozmowę przeprowadził
Artur Jerzy FILIP

piątek, 1 lipca 2011

O społecznej roli Uniwersytetu Muzycznego
opowiada Marek Bykowski – kanclerz tej zacnej instytucji.

Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina (pod obecną nazwą od 2008 r.) to najstarsza i największa akademicka instytucja edukacyjna w Polsce i jedna z najstarszych na świecie. Dokładnie 4 czerwca 2011 roku, czyli 200 lat temu, rozpoczęła pierwsze w dziejach Polski (choć wówczas pod zaborem rosyjskim) profesjonalne kształcenie utalentowanej młodzieży.

Dzieje uczelni, niezwykle ciekawe, stanowią przykład nieustannego podnoszenia poziomu oferty edukacyjnej i niemalże od początku związane są z ideą wszechstronnego kształcenia, nie tylko zawodowego – muzycznego, lecz także humanistycznego. Dość wspomnieć, że najgenialniejszy absolwent tej uczelni, a od roku 1979 jej patron – Fryderyka Chopina, miał szczęście nie tylko znaleźć się pod opieką wybitnych nauczycieli kompozycji, teoretycznych przedmiotów muzycznych czy gry na fortepianie, lecz także uczęszczać np. na wykłady z filozofii, bowiem uczelnia – w czasach, gdy w niej studiował – znajdowała się w strukturze Uniwersytetu Warszawskiego. Warto także podkreślić, że zawsze, a więc także pod zaborem rosyjskim, czy okupacją niemiecką, uczono w niej po polsku.

Nic dziwnego, że misję formułuje tak m.in. „… kształci na potrzeby własnej Ojczyzny, a także społeczeństw innych narodów ludzi światłych, o rozległych horyzontach, świadomych własnych przekonań, ale tolerancyjnych dla światopoglądów odmiennych. Stara się kształtować nie tylko umysły swych wychowanków, lecz także ich charaktery i postawy twórcze…”.

Jest uczelnia placówką realizującą zadania edukacyjne, wychowawcze, naukowe i artystyczne, zaś w tych ostatnich jest w Warszawie jednym z wiodących ośrodków muzycznych, koncerty w jej murach cieszą się zazwyczaj 100-procentową frekwencją, oferuje koncerty symfoniczne, kameralne, recitale, zarówno swych wychowanków jak i pedagogów, zaprasza do siebie wybitnych artystów polskich i zagranicznych.

Święto Muzyki przypada po okresie egzaminów przejściowych i wstępnych, lecz także latem Uczelnia oferuje wiele kursów mistrzowskich, festiwal pn. „Letnie wieczory Muzyczne w Dziekance” oraz festiwal „Od Chopina do Góreckiego”.

Wierzymy zatem, że Święto Muzyki stanie się stałym przedsięwzięciem artystycznym adresowanym do mieszkańców stolicy, jak i przybywających do niej Gości.

Marek BYKOWSKI

środa, 22 czerwca 2011

Andrzej Jagodziński:
„Muzyka powinna być na żywo.
Sztuka powinna być na żywo.”

Andrzej Jagodziński Trio, fot. Tomasz Kwiatkowski
Eliza Celoch: Jak gra się muzykę klasyczną nieklasycznie? Jak tłumaczy się romantyzm Chopina na język jazzu?

Andrzej Jagodziński: Nie potrafię grać klasycznie. Na fortepianie zawsze grałem amatorsko. To nigdy nie było granie profesjonalne. W klasie innego instrumentu (waltornia) ukończyłem Akademię Muzyczną. Na fortepianie zawsze grałem dla przyjemności. Przeważnie Bacha i Chopina. Jak gra się muzykę klasyczną nieklasycznie? To pytanie, na które nie wiem, czy jest odpowiedź. Istnieje takie pytanie, co to jest swing. Jak ktoś gra i słuchanie wciąga, to to jest swing. A jeśli ktoś gra Chopina i to go wciąga i jeśli dwa światy: wykonawcy i słuchaczy przenikają się, to to jest piękne.

Ja ukułem na własny użytek teorię. Mianowicie, żeby dobrze wykonać Chopina, trzeba być jazzmanem. Są takie wykonania, że na sto procent swingują. Na przykład Rubinstein. Ten wybitny pianista często jeździł po świecie z wykładami. Zawsze zauważał, że z Chopinem wykonawcy mają problem. O jakości muzyki decyduje tu talent do improwizacji. Muzykę Chopina można zagrać na sposób jazzowy. Te nuty można zagrać zupełnie inaczej. Można tchnąć w nie życie. Glenn Gould, pianista wybitny, genialny interpretator Bacha, najlepszy interpretator Wariacji Goldbergowskich nagrał "Sonatę h-moll" Fryderyka Chopina. Zagrał ją w sposób kompromitujący, po Bachowsku. Ten genialny pianista nie miał duszy słowiańskiej.

Chopin, Rachmaninow, Skriabin stoją obok głównego nurtu - muzyki niemieckiej. Żeby dobrze wykonać Chopina, trzeba traktować nieco inaczej nuty Chopina, adaptować je do swojej osobowości, interpretować je tak, jak dyktuje wrażliwość.

E.C.: Lubi Pan Rafała Blechacza?

A.J.: Nie gra tak, jak lubię.

E.C.: A Marthę Argerich?

A.J.: Tak.

E.C.: Wiedziałam. To są emocje...

A.J.: Jazzman zawsze nauczy się grać muzykę klasyczną, a klasyk nie zawsze nauczy się grać jazz. Bycie jazzmanem to bycie kompozytorem. Często słucham różnych kompozytorów muzyki klasycznej. Taką wiecznie błyszczącą perłą jest Mozart. Jerzy Semkow - wybitny polski dyrygent napisał: "Zarówno Mozart jak i Beethoven spotkali się na szczytach osiągnięć ludzkości, tylko że Beethoven dotarł tam po wielkim ludzkim znoju, natomiast Mozart znalazł się tam, bo zstąpił z nieba."

Muzyka Mozarta jest idealna, doskonała. Jakby się sama napisała.

E.C.: Lubi Pan Jacquesa Loussiera grającego na jazzowo Bacha?

A.J.: Nie. Tam jest za dużo jazzu. Najpierw jest Bach, potem blues. Wg mnie jeżeli zajmujemy się muzyką klasyczną z punktu widzenia jazzmana, to również powinniśmy improwizować w sposób spójny z tematem – w przypadku improwizacji na temat muzyki Chopina - zgodnie z idiomem Chopinowskim zawartym w tej muzyce. Moim zdaniem nie wolno używać wtedy współczesnych skal, pochodów, świetnych, ale nieadekwatnych. Żeby to korespondowało z tematem, musimy używać środków z danej epoki. Jazzowa improwizacja na temat Bacha powinna być polifoniczna.

E.C.: Ale to byłoby bardzo trudne.

A.J.: Zgadza się. Ale żeby to było chociaż jakieś fugato.

E.C.: Improwizacja nieścisła...

A.J.: Tak. Spójrzmy na Schoenberga. Jego wczesne kompozycje nie były dodekafoniczne, ale zupełnie klasyczne. Świadczą o dogłębnej znajomości warsztatu.

Jeśli improwizujemy jazzowo, tworzymy w obrębie harmonii dur-moll, poruszamy się w obszarze pewnych schematów. To jest trudniejsze niż taka free improwizacja polegająca na czerpaniu ze skali dwunastotonowej. Jeśli od czegoś odchodzimy, to musimy wiedzieć, od czego.

Za życia Bacha improwizowano zresztą na szeroką skalę. Każdy muzyk wtedy improwizował.

E.C.: Czasy basu cyfrowanego...

A.J.: Natomiast aż do czasów Chopina pianista musiał zaimprowizować kadencję w koncercie fortepianowym na temat z pierwszej części. Dzisiaj się tego już nie praktykuje.

E.C.: To prawda. Kadencja jest zapisana.

E.C.: Koncertował Pan ze swoim zespołem na całym świecie – w Meksyku, na Syberii, w Argentynie, Chinach, Libanie, w Izraelu. Grał Pan w Sali Wielkiej Konserwatorium w Moskwie i... w parku w Chicago. Co Pan myśli o obecnych dziś w sztuce tendencjach do burzenia dystansu scena-widownia zaznaczających się także we współczesnym teatrze? Co Pan sądzi o graniu w plenerze? I czym jest dla Pana idea Święta Muzyki?

A.J.: Święto Muzyki to dzień, w którym zarówno zawodowiec jak i amator może muzyką publicznie wyrazić to, co chce. I to jest wspaniałe. Sam brałem udział w Święcie Muzyki w samym Paryżu, w którym narodziła się ta idea. Graliśmy na dziedzińcu muzeum z Januszem Olejniczakiem. Bardzo miło to wspominam.

E.C.: Co Pan myśli o powstaniu w Warszawie jedynej w swoim rodzaju dzielnicy muzycznej - Kwartale Muzycznym? Jak Pan go sobie wyobraża? Czy popiera Pan tę inicjatywę?

A.J.: Kwartał Muzyczny to świetny pomysł.

Dla muzyka bardzo ważny jest kontakt z publicznością. Pierwsze kluby jazzowe były ciasne, zatłoczone. Pianista czuł na plecach oddech słuchacza.

Dobrym przykładem jest Szwecja, w której w restauracjach powyżej pewnej ilości miejsc obowiązkowo musi być zatrudniony muzyk. Działania fal dźwiękowych nie zastąpi głośnik. Muzyka powinna być na żywo. Sztuka powinna być na żywo.

"Nie zastąpi już obcowania ciał obcowanie dusz" - śpiewał Kabaret Starszych Panów. Podczas słuchania muzyki ważny jest ten kontakt fizyczny, realny. Nie wirtualny, jak wtedy, gdy słuchamy muzyki nagranej.

Jak najbardziej popieram tę ideę. Obszar, na którym znajduje się UMFC i Muzeum Fryderyka Chopina jest idealny do jej realizacji. Wiele rzeczy mogłoby się odbywać w zaułkach Foksal - Ordynacka. Kwartał Muzyczny znacząco wpłynie na podnoszenie wrażliwości na muzykę wśród społeczeństwa.

rozmowę przeprowadziła
Eliza CELOCH

wtorek, 14 czerwca 2011

Trzeci sektor w Śródmieściu

Do najprężniej działających i najbardziej widocznych na mapie warszawskich NGO należy Stowarzyszenie Mieszkańców Ulicy Smolnej. Jego członkowie zaczynali od działań na rzecz integracji wspólnoty sąsiedzkiej (ich pomysłem była m.in. słynna akcja usuwania graffiti z Nowego Światu). Teraz Stowarzyszenie zajmuje się głównie organizacją projektów artystycznych. „Najdłuższe Urodziny” Fryderyka Chopina, idea „Kwartału Muzycznego” – w tym niniejszego „Kwartalnika” – to inicjatywy działaczy ze Smolnej.

Anna MIŁOSZEWSKA

Za rok a może rok z kwartałem? cz.I

Zanim pojawił się termin, o którym za chwilę, nastąpiła seria zbiegów okoliczności, w które doprawdy trudno dziś uwierzyć.

Zaczęło się w lipcu 2006 roku od wizyty amerykańskiej pianistki Pameli HOWLAND, która zapragnęła posłuchać muzyki Chopina granej na żywo w Warszawie.  Po licznych próbach zrezygnowana i zaskoczona brakiem chopinowskiej oferty w środku turystycznego sezonu, zaproponowała, że jeśli znajdę  dla niej  salonik z instrumentem, to w następnym roku (2007) przyjedzie do Warszawy i przez dwa tygodnie będzie codziennie grać recitale. W dodatku nie oczekiwała żadnego wynagrodzenia. Chciała grać "Z miłości do muzyki i do Fryderyka". (...)

Mniej więcej w tym samym czasie Sławek ŁAIS spytał, czy Stowarzyszenie Smolna nie chciałoby uczestniczyć w programie tworzenia inkubatorów dla podniesienia kreatywności i przedsiębiorczości w śródmieściach wybranych miast europejskich? Skontaktowałem się z Tomkiem KWIATKOWSKIM i Małgosią SIKORĄ, odpowiedź była oczywiście: tak chcemy!

Skutkiem tych działań w sierpniu 2009 roku marzenie Pameli Howland się spełniło.  Nie tylko grała recitale, ale również dawała lekcje młodym pianistom polskim z kręgów polonijnych. Ogród Domu Polonii przy Krakowskim Przedmieściu codziennie wieczorem otwierał się dla setek melomanów. Grali zarówno uczestnicy warsztatów jak i ich nauczyciele. Pół roku później, w Roku Chopinowskim, mieliśmy odpowiednie przygotowanie, by w większym gronie podjąć hasło rzucone przez Edytę DUDĘ OLECHOWSKĄ i zorganizować najdłuższy w dziejach koncert muzyki Chopina.  Trwał nieprzerwanie 171 godzin.

Jarosław CHOŁODECKI

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Chopin. Dla wszystkich? Po co?

Jarek narzeka, że Chopina w Warszawie brakuje. Codziennie jego zagraniczni goście pytają: gdzie w Ojczyźnie Fryderyka, mieście, gdzie spędził połowę swojego życia, można posłuchać jego koncertu? Jarek się wstydzi. Turyści nie rozumieją, że środa. Co z tego? Byli w Wiedniu. W czwartek i w niedzielę i każdego innego dnia można tam Mozarta posłuchać. (...) Jarek cierpi na bezsenność z tego powodu, traci na wadze. Kiedyś w gorączce wpada na pomysł. Ratuje honor Polaków - wstawia w swoje pokoje na Smolnej fortepian i odpowiada: codziennie, w każdym domu słuchamy Chopina! I wysyła do znajomych pianistów smsy: za godzinę! Kto zagra!?

Od teraz goście Jarka na pytanie o Chopina prawie natychmiast dostają wspaniały koncert. Ale nie każdy ma szczęście go poznać. Tabuny zwiedzających zamieniają się w detektywów w poszukiwaniu muzyki. Mieszkańcy Warszawy też by posłuchali. Nie tylko w niedzielę… 

cały tekst: www.najdluzszeurodziny.pl
Edyta DUDA-OLECHOWSKA

GENUA - finał projektu Learn Inc

na zdjęciu od lewej: Sebastian Margalski, Sławomir Łais, Marcin Makulec

Europa bacznie przygląda się Kwartałowi Muzycznemu.

Miasto Niccolo Paganiniego, ojczyzna Kolumba, jedyne, które w całych Włoszech odwiedził Fryderyk Chopin, na dwa dni stało się świadkiem rywalizacji europejskich stolic o najlepsze pomysły i koncepcje rozwoju dla obszarów historycznych śródmieść. W dniach 23 - 25. listopada na europejskim forum projektu LearnInc, w ramach programu ‘Leonardo da Vinci’, nasza ekipa skorzystała z okazji przedstawienia międzynarodowej społeczności koncepcji Kwartału Muzycznego.

Wśród zazdrosnych spojrzeń przedstawicieli znakomitych stolic: Włoch, Grecji, Turcji, Rumunii, Hiszpanii i Austrii zaprezentowaliśmy dotychczasowe dokonania oraz plany na najbliższą przyszłość. Czy już teraz powinniśmy zacząć chronić nasze kwartalne know-how?

Sebastian MARGALSKI

Kropkę nad i w Genui postawiła pianistka Joanna Maklakiewicz swoim porywającym wykonaniem utworów Chopina. Dziękujemy! (red.)

TOŻSAMOŚĆ WARSZAWY

Nie od dzisiaj poszukujemy tożsamości Warszawy, jakiegoś wyróżnika tego miasta, czegoś co moglibyśmy nazwać jego marką – znakiem szczególnym. Brakuje nam takiego wyrazistego symbolu. Ale wiemy też, że miasto jest fenomenem zbyt złożonym, aby dało się objąć je jedną myślą, może więc nie ma w ogóle sensu jej poszukiwać.


Badający tę kwestię Mikołaj Madurowicz pisze, że „Warszawa zdaje się posiadać bardzo wiele obliczy i imion, cech i własności, które odkrywa się partiami (…)”, żadnej z nich autor nie wynosi jednak ponad inne. I chyba słusznie. Daje nam tylko wskazówkę, że poszukiwanie tożsamości jest kwestią odkrywania! Nie tworzenia, ale odkrywania właśnie.

O czym takim zapomnieliśmy zatem, że należałoby to odkryć dzisiaj? O czym w końcu powinniśmy przypomnieć sobie?

Rok 2010 okrzyknęliśmy Rokiem Chopinowskim. Z tej okazji wyraźnie powiedziane zostało, że Warszawa jest miastem Fryderyka, że mieszkał on w niej przez połowę swojego życia – skomponował tu wiele ważnych dzieł, a do Paryża wyjeżdżał jako dobrze już znany i uwielbiany pianista. Jest więc Chopin artystą warszawskim. Również w Warszawie swoją wielką karierę rozpoczynał Ignacy Jan Paderewski – ledwo co obchodziliśmy 150. rocznicę jego urodzin! Obydwóm z nich (a przecież i wielu, wielu innym) Warszawa dała możliwość rozwoju, zachwyciła się nimi i z czasem zaprezentowała światu.

Nie powinniśmy więc wahać się przed powiedzeniem, że Warszawa jest miastem Muzyki! Nawet jeśli jest to tylko jedno z wielu obliczy i imion… 

Warszawa miastem Muzyki, miastem Kultury! Wspaniale, ale to nie wszystko. Tak jak łatwo zapomnieliśmy o tym, że Warszawa jest miastem Chopina, tak też zbyt łatwo zagubiliśmy świadomość, że Warszawa jest miastem leżącym na skarpie. A przecież Skarpa Wiślana jest jedynym na całej Nizinie Mazowieckiej urozmaiceniem monotonii równinnego krajobrazu i to właśnie z jej powodu w tym miejscu powstało miasto. Skarpa miała też zasadniczy wpływ na rozwój dzisiejszej stolicy, a tym samym na jej obecny kształt. Długo jeszcze nie zrozumiemy Warszawy i jej przestrzennych problemów, jeśli nie przypomnimy sobie w końcu o Skarpie.

Nam dzisiaj marzy się, żeby przypomnieć Warszawie o tych jej cechach i własnościach. Pragniemy reaktywacji znaczenia alei Na Skarpie oraz ożywienie obszarów korony Skarpy. Jeden z jej fragmentów wybraliśmy, aby rządziła w nim Muzyka. Szczerze mówiąc, Muzyka już tam jest – nie chcemy jej wcale narzucać, ale raczej odkrywać. Bo tam właśnie odnaleźć ją można, do czego zachęcamy. Prezentujemy też pomysł na to, jak chcielibyśmy miłością do Muzyki zarazić całą dzisiejszą Warszawę.

Karolina i Artur Jerzy FILIP