Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eliza Celoch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eliza Celoch. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 listopada 2011

Jazzowa strona Święta Muzyki
czyli wywiad ze Zbigniewiem Namysłowskim

Eliza Celoch: Dlaczego podoba się Panu idea Święta Muzyki?

Zbigniew Namysłowski: To będzie pierwsze Święto Muzyki w Warszawie. W Europie już się rozprzestrzeniło. Jest bardzo wesołe, radosne. Tego dnia nikt na muzyce nie zarabia. To się dzieje samo z siebie dla przyjemności. To święto przyjemności z grania i słuchania muzyki.

E.C.: Podczas Święta Muzyki opiekuje się Pan jedną sceną.

Z.N.: Ja zajmuję się jednym miejscem przed Pałacem Branickich na Nowym Świecie - dawnym Urzędem Stanu Cywilnego. Jest to oczywiście scena jazzowa. Oprócz tej sceny mam pod opieką ciuchcię, którą Traktem Królewskim będą jechać muzycy uprawiający jazz dixielandowy, na wzór parad nowoorleańskich. Grany będzie stary tradycyjny jazz. Do tej pory są w Warszawie tacy fanatycy... O 14.00 ciuchcia ruszy i pojedzie całym traktem Królewskim tam i z powrotem. O 16.00 rozpocznie się granie jazzowe. O 19.00 gram z kwintetem, o 20.00 z big-bandem - siedemnastoosobą orkiestrą (cztery trąbki, cztery puzony, pięć saksofonów: dwa altowe, dwa tenorowe, jeden barytonowy). W Domu Kultury Praga też odbędą się jazzowe występy. Tam o 18.00 będzie grał nasz saksofonista tenorowy.

E.C.: Jak wyobraża Pan sobie Kwartał Muzyczny?

Z.N.: Jako jeden wielki muzyczny przemysł. Zorganizowane granie. Tylko potrzebne by było dobre nagłośnienie.

rozmowę przeprowadziła
ELIZA CELOCH

niedziela, 30 października 2011

O inspiracjach i tajemnicach organizacyjnych
czyli wywiad z Anną Mamińską
koordynatorką Święta Muzyki

Eliza Celoch: Skąd pomysł na to, by w Warszawie urządzić Święto Muzyki?

Anna Mamińska: W moim przypadku pomysł wziął się ze spotkania z Georgesem Perot, który jest organizatorem Święta Muzyki w Atenach i tam na ogromną skalę realizuje je już od 12 lat. Poznałam go podczas Targów Muzyki Świata Worex i Georges zaraził mnie tam swoim entuzjazmem. Opowiadał o tym, jak organizuje to wydarzenie u siebie, jak wygląda to w innych krajach Europy i stwierdził, że najwyższy czas urządzić Święto Muzyki w Polsce. Jest to bardzo charyzmatyczna postać. Przez internet via skype ustaliliśmy zarys tego wydarzenia i od niego wciąż dostaję takie know-how.

Postanowiłam złożyć wniosek do Urzędu Miasta o dofinansowanie tego projektu. Nie udało się uzyskać tych funduszy, ale mimo to postanowiłam się nie poddawać i podjąć współpracę z domami kultury. I odezwał się do mnie Jarek Chołodecki z Centrum Smolna. Postanowiliśmy to zorganizować razem.

Muzyka jest bezpośrednio częścią mojego życia. Gram w Rucie na fideli płockiej - instrumencie strunowym smyczkowym zrekonstruowanym na podstawie znalezisk archeologicznych w 1985 r. w Płocku. Tak zwaną technikę paznokciową dobrała do tego instrumentu Maria Pomianowska, a ja jestem jej uczennicą.

W Święcie Muzyki ujęło mnie to, że jest to święto eksponujące radość grania, taka sztuka dla sztuki. Jako organizatorka różnych festiwali mam dość komercyjnego charakteru muzyki, różnych kompromisów, na które idzie się po to, by wszystko sprzedać. Często muzyce brakuje przekazu i takiego dobrego ducha. A wydaje mi się, że Święto Muzyki to dobra okazja, by sięgnąć do takiego radosnego ducha bezinteresownego muzykowania. Dla mnie to wydarzenie jest czymś w rodzaju urodzin, czymś w rodzaju oddania hołdu muzyce. A że muzyka jest sztuką, która chyba najbardziej bezpośrednio potrafi oddziaływać na ludzi, to uważam, że idea tego święta ma szansę dotrzeć do szerokiej publiczności. Bardzo mnie cieszy międzynarodowy wymiar tego wydarzenia, to, że tyle osób na świecie w jednym dniu wychodzi na ulice i cieszy się zewsząd dobiegającą muzyką. Mam nadzieję, że będziemy to rozwijać w takim kontekście bardziej międzynarodowym.

E.C.: Jakie zespoły zgłosiły się do tej pory? Czy opowiedziałabyś z jakimi stylami będzie mógł się 21 czerwca spotkać mieszkaniec Warszawy na trasie Kwartału Muzycznego, jedynej w swoim rodzaju muzycznej dzielnicy?

A.M.: Będą style wszystkie możliwe. Sporo zespołów klasycznych, wiele zespołów rockowych i hardrockowych, reggae. Są też projety popowe, jazzowe, jest troszkę zespołów ludowych, folkowych, grających muzykę wiejską, trochę projektów eksperymentalnych. Są zespoły dziecięce i chóry. Są soliści instrumentaliści. Swój udział w wydarzeniu zadeklarowali m. in. Andrzej Jagodziński Trio, Grażyna Auguścik, Maria Pomianowska z zespołem. Na zaproszenie Instytutu Cervantesa pojawi się zespół Altraste - prosto z Wysp Kanaryjskich. Na pewno będzie szwajcarski zespół Pamplemousse, który wykonuje piosenkę francuską, ciekawy zespół Daktari, który inspiruje się muzyką klezmerską. Z ostrzejszych brzmień pojawi się Futurobnia, Syrbski Jeb. Warto powiedzieć o zespole Mute, który pojawił się w zeszłym roku na debiutach w Opolu. Na facebooku Święta Muzyki staramy się na bieżąco przekazywać informacje o wykonawcach, którzy już potwierdzili swój udział w wydarzeniu.

E.C.: Byłaś koordynatorką wielu wydarzeń kulturalnych na Pradze, m. in. cyklu koncertowego EtnoPraga, Festiwalu Nowa Muzyka Żydowska czy Pleneru Praskiego. Jesteś polską laureatką konkursu dla młodych przedsiębiorców branży muzycznej - Young Creative Entrepreneur 2008. Obecnie wraz z Natalią Orbaczewską koordynujesz wielką imprezę muzyczną - Święto Muzyki. Jak Ci się pracuje przy organizacji tego przedsięwzięcia? Będzie to w końcu bezprecedensowe wydarzenie w stolicy. Czy napotykałaś jakieś trudności, czy może zdarzały się sytuacje, w których los mile Cię zaskoczył?

A.M.: Mogę powiedzieć, że przy okazji organizacji Święta Muzyki miałam okazję poznać wiele ciekawych osób bardzo entuzjastycznie nastawionych do idei Święta Muzyki i fachowo podchodzących do realizacji różnych zadań i bardzo się cieszę, że wyłoniła się taka grupa osób, które są niezwykle pomocne przy realizacji tego przedsięwzięcia. Fantastyczne jest to, że czuje się tu taką pracę grupową, że każdemu zależy, żeby wyszło to jak najlepiej i każdy jest gotów dać z siebie jak najwięcej. Zdarzają się trudności, mamy pewne braki - są to pewne braki finansowe. Także cały czas poszukujemy sponsorów, a nie potrzebujemy wiele środków, tylko pieniądze, aby zabezpieczyć nagłośnienie części wydarzeń czy też zapewnić ochronę albo tak prozaiczne rzeczy jak poczęstunek dla wykonawców. Na szczęście udało nam się zjednać partnerów, którzy wnoszą bardzo wiele. Często są to w pełni wyposażone sceny z nagłośnieniem i oświetleniem.

E.C.: Czy Święto Muzyki będzie w Warszawie imprezą cykliczną odbywającą się co roku w pierwszy dzień lata?

A.M.: Wierzę, że tak i wierzę, że będzie się cały czas rozwijać i stanie się wydarzeniem dominującym, jeśli chodzi o czerwcowe imprezy warszawskie. Mam też nadzieję, że uda nam się promocyjnie przebić ze Świętem Muzyki. Zakładając, że w tym roku wypracujemy sobie podstawowy schemat organizacji, to w przyszłym roku łatwiej będzie pozyskiwać partnerów w postaci ambasad, instytucji kultury oraz sponsorów. Mam nadzieję, że będzie się rozwijać współpraca międzynarodowa, że będziemy się intensywnie wymieniać zespołami i promować zespoły warszawskie na arenie międzynarodowej. I bardzo liczę na to, że uda nam się w przyszłym roku pozyskać fundusze, które pozwolą nam bardziej swobodnie i profesjonalnie działać.

E.C.: Czyjego występu najbardziej nie możesz się doczekać?

A.M.: Koordynuję to wydarzenie i chciałabym zobaczyć wszystkie występy, ale jest to absolutnie nierealne. Tak naprawdę nie wiem, gdzie ja powinnam się znaleźć tego wieczora... Z tej racji, że pracuję w Domu Kultury Praga będę się raczej skupiać na wydarzeniach po tej stronie Wisły, oglądać zespoły, które wystąpią na scenie Konesera. A będzie to szwajcarski zespół Pamplemousse i hiszpański zespół - ale nie mam jeszcze potwierdzenia - Giulia y los Tellarini. Jeśli oni przyjadą, to właśnie ich nie mogę się doczekać najbardziej. Jestem też ciekawa, jak wypadną zespoły występujące w nietypowych miejscach, jaka będzie reakcja publiczności na grupę śpiewaków śpiewającą w centrum handlowym albo gdzieś na ulicy. Bardzo mnie to interesuje, w jaki sposób warszawska publiczność przyjmie to wydarzenie, a mam nadzieję, że przyjmie je przyjaźnie.

rozmowę przeprowadziła
ELIZA CELOCH

O radości spontanicznego grania
czyli wywiad ze znakomitym duetem
Fluent Ensemble

Eliza Celoch: Czy mógłbyś opowiedzieć o swoim zespole?

Paweł Janas: Pierwszym moim zespołem jest Fluent Ensemble. Poznaliśmy się na pierwszym roku studiów. Na początku grając razem uczyliśmy się, aby zaliczyć przedmiot - kameralistykę. Z czasem zrodził się cały projekt. Stwierdziliśmy, że takie instrumentarium - akordeon i saksofon ma dużą przyszłość. Te instrumenty zostały wprowadzone na Akademię Muzyczną najpóźniej. I właśnie teraz literatura muzyczna na nie rozwija się najprężniej. Obecnie gramy różną muzykę, różne gatunki.Drugim moim zespołem jest Fantango Quintet (założony rok temu). Jak sama nazwa wskazuje, specjalizujemy się w tangu Astora Piazzoli. Ale mamy w planach granie szeroko pojętej muzyki latynoamerykańskiej. W skład zespołu wchodzi akordeon (Paweł Janas), skrzypce (Mateusz Konopelski), fortepian (Piotr Kopczyński), kontrabas (Wojciech Zeman), gitara (Maciej Kopczyński). Wszystko było skrupulatnie przeze mnie zaplanowane - chciałem zebrać najlepszych muzyków. W zespole może nie ma podziału na role, ale świetnie się razem organizujemy. Graliśmy w Pałacu Kultury i Nauki, w różnych klubach, będziemy grać w Dziekance, w sierpniu na Zamku Królewskim.

Wojciech Psiuk: Ja mogę wspomnieć o swoim drugim zespole: Morpheus Saxophone Quartet. A grają w nim Wojciech Psiuk - saksofon sopranowy, Alicja Szlempo - saksofon altowy, Szymon Nidzworski - saksofon tenorowy, Mateusz Majchrzak - saksofon barytonowy. Myślę, że kwartet saksofonowy to rzadkość. Jeśli już pojawiają się zespoły tego rodzaju, to trudno o wysoki poziom.Chcemy współpracować z kompozytorami młodego pokolenia. W tym momencie współpracujemy z Darkiem Przybylskim.Jeśli natomiast chodzi o Fluent Ensemble, Paweł już chyba opowiedział o wszystkim, co najważniejsze. Po prostu widzieliśmy, że to ma coraz większy sens.

E.C.: Dlaczego podoba Ci się idea Święta Muzyki? Dlaczego chcesz wziąć w nim udział?

P.J.: Wojtek wysłał ofertę do Centrum Smolna i Natalia się odezwała. Byłem na pierwszym spotkaniu organizacyjnym - reprezentowałem UMFC - i stwierdziłem, że Święto Muzyki to kapitalny pomysł. Myślę, że to będzie świetna zabawa. Byłoby cudownie, gdyby wszystko tętniło jakąś muzyką. W każdym zakątku inny klimat. Muzyka klasyczna, etniczna czy wręcz ludowa, polska i zagraniczna. Wydaje mi się, że Święto Muzyki będzie się cieszyło ogromnym zainteresowaniem. I trzeba by było jak najwięcej ludzi w to zaangażować. W takim ulicznym graniu powinna się pojawić muzyka z innych krajów, kultur.

W.P.: Sama idea jest bardzo ciekawa - aby wyjść do ludzi z muzyką. Nie wiem, co mógłbym dodać. Popieram takie idee.

E.C.: Czy ma dla Ciebie znaczenie fakt, gdzie koncertujesz, to znaczy czy zauważasz jakieś nowe wartości akustyczne i estetyczne w wykonywaniu muzyki poza salą koncertową - na świeżym powietrzu lub w restauracji/pubie/kawiarni? Czy jesteś elastyczny w kwestii wyboru miejsca do grania? Gdzie na pewno byś nie zagrał?

P.J.: W życiu grałem już chyba wszędzie: od ogniska przez domówki, knajpki po saloniki prywatne, wielkie sale koncertowe, filharmonie. Jeśli chodzi o wrażenia akustyczne, estetyczne, lepiej mi się gra w sali koncertowej niż w domu. Ale niejednokrotnie grałem w plenerze i okazywało się, że spotkałem się z kapitalną reakcją publiczności. Kiedy byłem z Wojtkiem w Wiedniu, spróbowaliśmy sił na ulicy. A niektóre miejsca miały dobrą akustykę - dźwięki odbijały się od ścian budynków w centrum. Spotkaliśmy tam zresztą uroczy kwartet smyczkowy z Polski - studentki Akademii Muzycznej w Łodzi.

W.P.: Jeśli akustyka jest dobra, a do lokalu, w którym gramy, przychodzą ludzie, którzy chcą słuchać tej muzyki, to taka praca jest bardzo satysfakcjonująca, jest przyjemnością. Wczoraj niestety graliśmy w miejscu, w którym nie czuliśmy się za bardzo słuchani.Bardzo ważna jest przyjemność płynąca z występu. Oczywiście zgadzam się, że akustyka jest bardzo ważna i w filharmonii gra się bardzo dobrze, ale poza salą koncertową publiczność reaguje często bardzo spontanicznie - pojawiają się owacje, okrzyki, komentarze, ma się naprawdę żywy kontakt ze słuchaczami, a to jest bardzo istotne. W filharmonii obowiązuje pewien savoire-vivre, w klubie jazzowym - luz i czasem jest więcej przyjemności z grania, jak się widzi reakcje. Rówież dopisująca frekwencja sprawia, że naprawdę chce się grać. Myślę, że jeśli chodzi o wybór miejsca, jestem bardzo elastyczny. Nie mam oporów przed graniem w plenerze. To ma być przyjemność z grania i ze słuchania.

E.C.: Zagrałbyś w metrze?

W.P.: Zagrałbym.

E.C.: A Ty, Paweł?

P.J.: Tak, nawet kiedyś raz spróbowałem.

E.C.: Jakie masz muzyczne plany i cele w najbliższej przyszłości?

P.J.: W październiku wyjeżdżam na stypendium do Wiednia. Nie spieszę się do tego, żeby się ukierunkować. Warszawa to zbieranina ludzi z różnymi zainteresowaniami. Myślę, że wszystko się w najbliższej przyszłości u mnie wyklaruje. Zapraszam serdecznie na stronę internetową www.paweljanas.com

W.P.: Ja również w przyszłym semestrze jadę do Wiednia. Nie można się ograniczać do jednego ośrodka. Chciałbym skończyć studia i grać jako solista i kameralista. Poza tym w trakcie powstawania jest obecnie strona internetowa Fluent Ensemble. Tymczasem można nas znaleźć na myspace.com/fluentensemble

rozmowę przeprowadziła
ELIZA CELOCH

O sukcesie Najdłuższych Urodzin
i emocjach przed pierwszym
Świętem Muzyki

Wywiad z Marcinem Wojdatem
Dyrektorem Centrum Komunikacji Społecznej
Pełnomocnikiem Prezydenta m.st. Warszawy ds. współpracy z organizacjami pozarządowymi
Przewodniczącym Kapituły Konkursowej w Konkursie na Najlepszą Warszawską Inicjatywę Pozarządową Roku 2010

Eliza Celoch: Czy Pan jako członek Kapituły Konkursowej mógłby się wypowiedzieć na temat werdyktu Konkursu na Najlepszą Inicjatywę Pozarządową Roku 2010? Co Pan myśli o Najdłuższych Urodzinach?

Marcin Wojdat: Najdłuższe Urodziny - to było wydarzenie wyjątkowe między innymi w kontekście organizacyjnym. Do jego realizacji nie wykorzystano dużych środków finansowych i technicznych. Wyjątkowością tej inicjatywy była również spontaniczność. I właśnie to zostało uhonorowane przez Kapitułę Konkursu. Najdłuższe Urodziny wpisywały się spontanicznie w oficjalną politykę miasta w kontekście Roku Chopinowskiego. To było bardzo ważne - pokazanie, że Chopin był z Warszawy. A co ciekawe, wśród członków Kapituły nie było muzyków.
Wartości artystyczne w tej inicjatywie są oczywiste, ale podczas Najdłuższych Urodzin muzyka stała się także narzędziem, które służy budowaniu tożsamości miasta, społeczeństwa i budowaniu odpowiedzialności za miasto, w którym żyjemy. Mam wrażenie, że właśnie te aspekty przeważyły za takim wyborem Kapituły. Najdłuższe Urodziny przypomniały mieszkańcom Warszawy, że w ich mieście żył i tworzył artysta-kompozytor z najwyższej półki - najwyższej klasy. Frekwencja pokazała, że po prostu było warto. Wiele osób poczuło, że muzyka Chopina i Warszawa, w której żyjemy to jedno.
W konkursie było wiele nominowanych inicjatyw. Ale prawie jednogłośnie zdecydowaliśmy, by Grand Prix przyznać Stowarzyszeniu Mieszkańców Ulicy Smolnej za zorganizowanie Najdłuższych Urodzin.

E.C.: Co Pan myśli na temat idei Święta Muzyki i Kwartału Muzycznego?

M.W.: Dla mnie Święto Muzyki to inny sposób podejścia do przestrzeni miejskiej, jest to swego rodzaju Święto Miasta. Muzyka może być wyzwolicielem energii społecznej. Takie święto ma potencjał do tego, by ją wyzwolić, by ludzie odkryli tożsamość miejsc, ich historię, inaczej spojrzeli na miejską przestrzeń. Przy Najdłuższych Urodzinach to się sprawdziło. Święto Muzyki może zainspirować do zmian. Chciałbym, żeby ludzie w Warszawie czuli się dobrze. Oni to miasto wybrali. Kwartał Muzyczny byłby innym zagospodarowaniem fragmentu stolicy. Jeśli Święto Muzyki spodoba się mieszkańcom Warszawy, to ta przestrzeń w Śródmieściu będzie tętniła muzyką.

rozmowę przeprowadziła
ELIZA CELOCH

poniedziałek, 19 września 2011

Wywiad z Prezydentem
Włodzimierzem Paszyńskim

O Święcie Muzyki jako święcie różnorodności poetyckim językiem...

Eliza Celoch: Co Pan myśli na temat idei Święta Muzyki?

Włodzimierz Paszyński: Jestem bardzo za. Fajne jest każde święto, wszystko, co ożywia ulicę i w dodatku nie jest martyrologią, czy protestem; wszystko, co jest dla ludzi, a nie przeciwko ludziom. Jestem za, bo to jest bardzo twórcze.

Święto Muzyki to święto różnych gatunków, stylów, gustów, można powiedzieć - święto różnorodności. Monokulturowość jest bez sensu. Im coś jest bardziej różnorodne, tym lepsze. W różnorodności tkwi wartość, siła, mądrość. To nie ulega wątpliwości. Choć różnice czasem potrafią wywoływać upiory. Przykłady mamy w historii. To nie zabije jednak we mnie przekonania, że różnorodność jest wartościowa, mimo że może prowadzić do napięć. Tak jest też wtedy, gdy mówimy o kulturze, sztuce. Istnieje muzyka, której nie lubię, wydaje mi się, że jej nie rozumiem. Nie znaczy to jednak, że mogę jej zabrać prawo do istnienia.

Nikt nie może mi nakazać kochać Bacha, a nie cenić Pendereckiego lub odwrotnie. Jestem przeciwko takiemu pojmowaniu świata. Nikt nie może mi narzucać upodobań estetycznych. To mój wolny wybór. Jeśli czegoś nie lubię, to nie pójdę na taki czy inny koncert, ale to nie znaczy, że jest on gorszy lub że ma się nie odbyć.

E.C.: Czy mógłby Pan powiedzieć, co do tej pory zostało zrobione w kwestii organizacji pierwszego Święta Muzyki w Warszawie?

W.P.: Święto Muzyki to dzieło organizacji, które ze sobą współpracują i jeśli to będzie sukces, to będzie sukces tych organizacji. Pomaga też szereg ludzi dobrej woli. W organizację Święta Muzyki zaangażowała się Przewodnicząca Rady Miasta: Ewa Dorota Malinowska-Grupińska. Szkoły dowiedziały się o nim poprzez dzielnicowych koordynatorów Warszawskiego Programu Edukacji Kulturalnej, Biuro Edukacji, Wydziały Oświaty. O Święcie Muzyki rozmawialiśmy także podczs spotkania z burmistrzami.

Rolą organizacji pozarządowych jest dać impuls, aby ludzie wyszli w Święto Muzyki - 21 czerwca na ulice. I aby to stało się tradycją.

E.C.: Czy chciałby Pan coś dodać w kwestii Święta Muzyki?

W.P.: Cóż mógłbym jeszcze dodać...

E.C.: Niech żyje muzyka, sztuka, "e'viva l'arte!"

W.P.: Ale ten wiersz zaczyna się: "Człowiek zginąć musi..." A w zacytowanym fragmencie pochwała sztuki pojawia się w opozycji do nic nie wartego życia. To chyba jednak mimo wszystko przesada…

E.C.: Co Pan sądzi na temat Kwartału Muzycznego? Jak odbiera Pan ten projekt Warszawy jako europejskiej stolicy kultury?

W.P.: Kwartał Muzyczny wpisuje się w szereg projektów kulturalnych w Warszawie.
Bardzo dużo udało się zrobić dla książki. Mamy Warszawską Premierę Literacką. Sięgając do przedwojennej tradycji, reaktywowaliśmy Warszawską Nagrodę Literacką. Teraz nabrała nowego blasku. Po latach wróciliśmy też do idei kiermaszu książki – teraz sytuując go na Mariensztacie.

Również w dziedzinie sztuk plastycznych nastąpiła próba wchodzenia w przestrzeń miejską.
Muzyka to kolejny wielki akcent. Istnieją różne formy obcowania z nią. "Imprezy" klasyczne lub jazzowe. W weekend byłem na wielu piknikach rodzinnych. W jednym miejscu ludzie czekali na występ Kapeli Czerniakowskiej, na Pradze z kolei - na występ „Plastikowych ludzi” z Czech. Niech każdy wybiera. Kiedyś sam organizowałem dla wagarowiczów koncerty na Agrykoli...

E.C.: Czyli ma Pan doświadczenie! Zna Pan zagadnienie od praktycznej strony.

W.P.: ...i publiczność również wybierała. Sama zresztą stanowiła zespół różnych środowisk.
Kwartał Muzyczny to bardzo fajny pomysł, tylko musi się jakoś zakorzenić. Jego siłą jest siła rożnych podmiotów, które będą go tworzyć. Ważna jest publiczność. To ona ostatecznie zaakceptuje, bądź nie, pomysły organizatorów. "Tłumie! Ty masz RACJĘ!!!" - pisał Julian Tuwim.

E.C.: "Miasto, masa, maszyna."

W.P.: Peiper.
Właśnie ten tłum, ta masa, ci słuchacze - są najważniejsi w tym projekcie. To musi być też bardzo wyrazista propozycja - chodzi o to, aby w pewnym miejscu można było posłuchać piosenki poetyckiej, w innym - jazzu, jeszcze innym - muzyki klasycznej. Musi być jakiś program, jakaś wyrazistość.

Kibicuję gorąco całemu pomysłowi, Jarosławowi Chołodeckiemu i Stowarzyszeniu Mieszkańców Ulicy Smolnej. Nie mam nic przeciw, wszystko jest za. W przyszłym roku Święto Muzyki będzie miało większą obudowę. Mam nadzieję, że znajdziemy na to pieniądze, ponieważ konstruując budżety przyszłoroczne, będziemy to Święto mieli z tyłu głowy. A teraz będą pierwsze koty za płoty, pierwsze nuty...

rozmowę przeprowadziła
ELIZA CELOCH

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

O muzyce, która sprowadza ludzi na wymarzoną płaszczyznę porozumienia
-rozmowa z Jarosławem Chołodeckim przeprowadzona przed Świętem Muzyki

Eliza Celoch: Roland Barthes w jednym ze swoich tekstów stwierdził: „Może na tym polega wartość muzyki: że jest dobrą metaforą”. Czym dla Pana jest muzyka?

Jarosław Chołodecki: Dla mnie muzyka jest pewnym formalnym zabiegiem, który sprawia, że w sposób intensywny uruchamia się obszar emocji, a to jest potrzebne do tego, by uruchomić intelekt. To przedpokój do tego, by się zmienić. Po drugie jest to świat pasji bardzo wielu osób. Muzyka towarzyszy im wszędzie, ale nie tworzy z nich społeczności. W mieście na ulicach można zauważyć wielu ludzi, którzy mają słuchawki na uszach. Zamykają się w świecie dźwięków. Stanowią tłum, ale słuchają muzyki w pojedynkę. Dzięki słuchawkom są odizolowani od rzeczywistości. A ryzykują życie, bo nie słyszą dźwięków ptaków, samochodów, konającej babci. To zbiorowe słuchanie muzyki nie tworzy społeczeństwa. To rozproszone atomy, a my chcemy stworzyć cząsteczki.

Ci ludzie stosują muzykę jak tabletkę na uspokojenie lub pobudzenie. Jest to instrumentalne traktowanie muzyki. Moim zdaniem muzyka może być użyta do budowania społeczeństwa. Owszem, znów dochodzi tu do używania muzyki, ale nie wstydzę się tego, że muzyka może być użyta do czegoś dobrego. Tak jak skalpel może służyć do mordowania lub pomagania ludziom.

Mieszkałem przez wiele lat w USA i poznałem tam pewien klub bluesowy. Woziłem tam również Polaków. Pamiętam ich wielkie zdziwienie. Klub bluesowy nie był wspaniały dlatego, że słuchało się w nim bluesa. Jego niezwykłość polegała na niepowtarzalnej atmosferze – ludzie czuli się tam jak jedna wielka rodzina. U nas w miejscu, w którym wielu ludzi słucha muzyki, nie wytwarza się między nimi żadna więź.

Opisuję to jako eksperymentator muzyczny – nie jestem muzykiem ani muzykologiem. Jestem konsumentem muzyki, animatorem społecznym, zajmuję się projektami społecznymi i doświadczenie, które zdobyłem, pomaga mi i stanowi dla mnie stały punkt odniesienia. Działanie jest dla mnie ważniejsze niż intelektualna synteza. Pewnie bardziej podświadomie niż świadomie odwołuję się do muzyki jako narzędzia, które sprowadza ludzi na wymarzoną płaszczyznę porozumienia.

Ludzie często w reakcjach na sztukę prezentują, powiedziałbym, bardzo długo ćwiczone postawy powściągliwe. A dźwięki uruchamiają pewne wspomnienia.

Kiedyś byłem świadkiem tego, jak pewna Amerykanka rozpłakała się na koncercie, słuchając Chopina. Później spytałem ją: Dlaczego Pani płakała? Okazało się, że na jej wzruszenie złożyła się suma różnych rzeczy. Muzyka, Chopin, wspomnienia z Warszawy. To była piramida przeróżnych skojarzeń. W efekcie Amerykanka była nieziemsko wzruszona. A wzruszenia są nam wszystkim potrzebne. One zmieniają. A każdemu potrzebna jest zmiana, odskocznia od tego, co robimy w sposób automatyczny, bezrefleksyjny.

W czasie najdłuższych urodzin pełniłem funkcję odźwiernego i przekonałem się, jak muzyka jest przerażająco potrzebna. Jest jak środek terapeutyczny, jak aspiryna. Jedna ze słuchaczek wyznała:

- Od dwudziestu lat nie zdarzyło mi się być tak szczęśliwą.

Nie ma chyba jednego syntetycznego określenia, czym dla człowieka jest muzyka.

E.C.: Czy mógłby Pan opowiedzieć o idei Święta Muzyki? Co się Panu w niej najbardziej podoba?

J.Ch.: Święto Muzyki zdaje mi się być wielkim happeningiem, wielką próbą przełamania takiego dziwnego uporu, stanu, w którym jesteśmy na coś nieprzygotowani. Święto Muzyki ma stworzyć przestrzeń, w której mogą się wyrazić ci, którzy jeszcze nie skończyli ostatniego semestru, nie dograli ostatniego akordu, ale dzielą się i radują tym, co już posiedli. Niezależnie od tego, czy jest to gra na fortepianie czy na grzebieniu. Tu nie ma żadnych warunków wstępnych. Chcesz? Graj! Gdzie? Gdzie chcesz. Po drugie jest to wyjście ze sztuką, żeby uświadomić nam wszystkim, jak ona zmienia świat.

Poczujemy smak miasta muzyki, gdy ona zabrzmi wieloma głosami i konwencjami. To będzie dla nas takie doświadczenie na chwilę, jakby to było, gdyby Warszawa naprawdę była jednym wielkim Świętem Muzyki.

Ludzie szukają różnych pretekstów do tego, by poczuć się lepiej. Można Święto Muzyki porównać do Nocy Muzeów. Oto muzea, które kojarzą się z naftaliną, starszą panią naraz stały się atrakcyjne nocą. Zwiedzanie o tej porze - prosty zabieg przestawienia akcentów, to wywołało entuzjazm. Ludzie wyszli na ulicę. Nie wierzę, że wszyscy jeździli do muzeów. Często wałęsali się, ale było to piękne wałęsanie się. Bez służb porządkowych. I było bezpiecznie. Nie słyszałem, by ktoś tej nocy kogoś zadźgał, by doszło do jakichś aktów gwałtu. Wydarzenia tego rodzaju co Noc Muzeów są dużym sukcesem. Dzieje się tak dlatego, że lubimy czuć się zaproszeni w sposób niezwykły.

Na Święcie Muzyki artystów nie będziemy widzieli w ich normalnych anturażach. Marzymy o tym, by oni wystąpili wręcz na ulicy. Wtedy zaistniałaby inna relacja uczestnik-wykonawca. Byłby to także pierwszy krok do przekonania w Warszawie wielu nieprzekonanych, że Warszawa jest wspólnym poletkiem. Miasto jest wytworem, który umożliwia kulminację, miejscem, w którym ludzie mogą się wymieniać, inspirować, tworzyć. Po to powstało miasto. Ale również tworzy ono pewne reguły postępowania. Święto Muzyki jest kolejną okazją do tego, żeby przyspieszyć proces takiego uszlachetniania miasta, podnoszenia jego walorów miejskich. To nie wystarczy, że ludzie mieszkają gęsto. Oni muszą się inaczej zachowywać. To niezwykle ważne.

Święto Muzyki to doskonała okazja do tego, by stworzyć... koalicję. Przy czym niczemu się nie podporządkowujemy. Święto Muzyki jest przykładem tego, jak można coś zrobić razem w drodze porozumienia, umowy bez sztywności organizacyjnej, sztabów. To będzie test na to, jak nam wychodzą koalicje. Często żeby je stworzyć, trzeba szukać przywódców, w ogóle budować strukturę pionową.

Tymczasem koalicja funkcjonuje wtedy, gdy potrafimy słuchać, używamy siły argumentu nie argumentu siły. W przypadku Nocy Muzeów to było proste. Muzea otwierane były nocą. W naszym przypadku jest dużo trudniej, bo my musimy zaprezentować wieczór muzyki. I to muzyki różnorodnej. Ale powinniśmy pochować różne uprzedzenia, sympatie. Musimy przekonać innych. Jesteśmy w trudnej sytuacji. To dobre szkolenie obywatelskie.

E.C.: Czy mógłby Pan opowiedzieć o działalności Stowarzyszenia Mieszkańców Ulicy Smolnej przejawiającego inicjatywę w organizacji Święta Muzyki?

J.Ch.: Organizowaliśmy najdłuższe urodziny Fryderyka Chopina. Powtórka była w kościele Wizytek. Organizujemy różne wydarzenia artystyczne. Dwa lata pracujemy nad projektem Kwartału Muzycznego. Święto Muzyki jest jego świetną promocją. To się składa, zazębia. Tak się składa, że w Święto Muzyki odbędzie się też święto naszej ulicy. Chcielibyśmy, aby każda kamienica była miejscem akcji. Na podwórkach usłyszymy jazz, rock'n'roll, muzykę ludową. Będzie inna akustyka, inne warunki uczestnictwa w sztuce w przestrzeni, która na co dzień nie kojarzy się ze sztuką.

E.C.: Czym jest Kwartał Muzyczny – jedyna w swoim rodzaju muzyczna dzielnica?

J.Ch.: Jeszcze go nie ma, jest w naszych marzeniach. Chodzi nam po głowie taki pomysł, żeby Warszawa, która została po wojnie dość chaotycznie zasiedlona, miała dopalacz aktywności w mieście. Sztuka sprzyja kreacji, bo sama jest kreacją, doszłoby więc do synergii kreacji (różne dziedziny sztuki). Powstałaby przestrzeń inkubacji artystycznych zachowań. Czasy, w których żyjemy niezwykle premiują to, co jest dziełem mózgu, a nie fabryki. Fabryka stała się symbolem dziewiętnastego wieku. To, co się liczy to to, co jest twórcze. Więc jeśli Warszawa ma być nowoczesną metropolią, musi być wietrzona sztuką. Przy czym jako miasto Chopina jest do tego szczególnie predestynowane. Obecnie Warszawa ma tyle samo mieszkańców, co przed wojną, ale jest trzy razy większa. Oczywiście nasze plany nie dotyczą całego miasta. Interesuje nas centrum, obszar, na którym znajduje się Instytut im. Fryderyka Chopina, Uniwersytet Muzyczny im. Fryderyka Chopina, Salonik Chopinowski na Smolnej, Foksal, na którym mamy zmasowanie klubów i restauracji, a który przed wojną był ulicą rozrywkową. Niczego tu nie wymyślam, nadaję tylko miano – Music Quarter. I nie ma możliwości, żebyś nie trafił na swoją muzykę, wszędzie będą różne style muzyczne.

W końcu dla warszawiaka będzie to też nowy symbol tego miasta. Będzie to miasto akcji, wrzenie świata. Istnieją na przykład miasta historii, kontemplacji, Warszawa jest raczej odbierana jako miasto-bohater.

Chciałbym, aby w ramach Kwartału Muzycznego nastąpiło radosne wyjście muzyków do ludzi. Według statystyk 84 % absolwentów Wydziału Instrumentalnego nie znajduje pracy. Absolwenci czują się spełnieni, ale to spełnienie nie pomogło im w znalezieniu pracy. Ważne jest to, aby uświadomić sobie, że muzyka to produkt, który można sprzedać. Ludzie grając, robią coś dobrego dla innych.

Tymczasem wykształcenie muzyczne kosztuje dużo pracy i pieniędzy. Są to studia, na których panuje bardzo wielka rywalizacja. Młodzi muzycy ćwiczą wiele godzin, zdają bardzo ciężkie egzaminy. Również sposób kształcenia prezentuje się w ten sposób, że na jednego profesora przypada kilku studentów, a czasem są to proporcje jeden na jeden. W muzyków zainwestowano więc wielką pracę i wielkie pieniądze. W efekcie absolwenci ci stają się najdroższymi bezrobotnymi. Nie pojawiają się nowe pomysły na stworzenie nowych orkiestr i teatrów, są raczej nowe pomysły na zamykanie orkiestr i teatrów. Świat nie chce się absolwentom Akademii Muzycznych godziwie zrewanżować za tę pracę, zapłacić za nią.

Wszystko to nie jest jednak „gadaniem pięknoduchów”. Jeśli dzięki powstaniu Kwartału Muzycznego uda się zatrudnić dwustu absolwentów, to będzie duże osiągnięcie.

E.C.: Muzycy grający w plenerze byliby swego rodzaju atrakcją turystyczną. W wywiadzie dla TokFm powiedział Pan: „Muzyka nie ma być tłem, ma być grana na żywo, ma uwodzić przechodniów i zapraszać, ma charakteryzować miasto, ma być dedykowana osobom słuchającym”. Muzyka wkomponowana w krajobraz: doznania estetyczne plus wartości poznawcze to dość nowatorskie zwiedzanie połączone z obcowaniem ze sztuką. Atrakcyjny mariaż kultury i turystyki – tego jeszcze nie było. Czy to początek jakiegoś nowego interesującego zjawiska? Czy będą powstawać jakieś inne projekty tego typu?

J.Ch.: To, co się zdarzy, niezwykle zdynamizuje układ. Obecnie podział ról w mieście jest dość przewidywalny. Dojdzie jednak do pewnych przesunięć.

Spójrzmy na przykład na Jandę. Założyła swój własny teatr i już jako aktorka nie musi dostosowywać się do reżyserów, dyrektorów, sama stała się dyrektorem, znalazła przestrzeń do artystycznego spełniania się.

Chcemy, aby Warszawa myślała o sobie jako o mieście wielkiej przygody, artystycznej prowokacji, a tak o sobie nie myśli. Artyści nie myślą o sobie jak o najważniejszych obywatelach. Biura podróży nie myślą o sobie jak o biurach w atrakcyjnym mieście Chopina.

A to my wygrywamy na perkusji rytm tego miasta. Powinniśmy je zmienić. Chodzi właśnie także o ten przełom w myśleniu. Gdyby udało się zrealizować ideę Kwartału Muzycznego, przedsiębiorcy, restauratorzy będą mogli myśleć o sobie nie jak o producentach schabowych, ale jak o mecenasach sztuki. Może dojdzie do tego, że taksówkarz, który przewozi obcokrajowców z lotniska, założy krawat i garnitur. Ubierze się tak na powitanie, specjalnie po to, by zawieźć turystę do miasta muzyki. Chcemy, aby Warszawa była miastem wabiącym muzyką.

Tymczasem nikt nie pomyślał, że na lotnisku, które nosi nazwę im. Fryderyka Chopina nie pada ani jedna nuta.

Ja bardzo liczę na to, że Music Quarter odmieni miasto. Marzyłbym o tym bardzo.

E.C.: Czy w przyszłym roku również odbędzie się Święto Muzyki? Czy będzie to stały punkt programu czerwcowych imprez kulturalnych w Warszawie?

J.Ch.: Jeśli tylko przyjdą słuchacze, naturalnie będzie to impreza cykliczna. W Paryżu podczas pierwszego Święta Muzyki na ulice wyszło trzy tysiące ludzi grających. Odtąd liczą się tam tylko dwa święta: zdobycie Bastylii i Święto Muzyki.

21 czerwca przygotować się muszą wszyscy: artyści, turyści, mieszkańcy Warszawy. Będziemy celebrować muzykę i muzyków.

rozmowę przeprowadziła
Eliza CELOCH

czwartek, 14 lipca 2011

Wywiad z Andrzejem Krusiewiczem,
spikerem i prezenterem Polskiego Radia

Eliza Celoch: Dlaczego podoba się Panu idea Święta Muzyki?

Andrzej Krusiewicz: Bo muzykę po prostu lubię. Nie jest ideologiczna, polityczna, trafia do naszej indywidualnej wrażliwości, buduje wyobraźnię, pewną estetykę, jest bardzo indywidualna w odbiorze, subiektywna, jest doznaniem bardzo osobistym. Poza tym to język uniwersalny. Można dużo wiedzieć o kompozytorze, epoce, ale wyobrażenie, sam przekaz muzyczny buduje inną wyobraźnię, jest odległy od tego, co wiemy na temat muzyki. Chopina słucham od wielu lat i za każdym razem się zachłystuję. I trudno powiedzieć, dlaczego. Bo trafia gdzieś do wnętrza, które trudno zweryfikować. I to nie jest truizm, że muzyka łagodzi obyczaje. Gdybyśmy więcej obcowali z kulturą, pewnie świat byłby lepszy. Stąd każda idea propagująca kulturę, muzykę, wartości estetyczne jest mi zawsze bliska.

E.C.: Czy mógłby Pan opisać swoje działania mające na celu zorganizowanie występów czy wręcz parady orkiestr wojskowych i strażackich, które niewątpliwie ubarwią to święto? Tego rodzaju muzykowanie będzie z pewnością  atrakcyjne nie tylko od strony dźwiękowej, ale także wizualnej. Kulturoznawcy mogą w tej radosnej manifestacji na cześć muzyki dopatrywać się tradycji Karnawału. Mnie osobiście podoba się performatywny aspekt tego rodzaju działań, subtelna teatralizacja. Co pana zainspirowało do zaproszenia orkiestr w mundurach?

A.K.: To kontakty, które cały czas podtrzymuję - przez wiele lat prowadziłem w Krakowie festiwale orkiestr wojskowych z całego świata. W sumie - 16 festiwali, na których pojawiały się orkiestry z Ukrainy, Białorusi, Estonii, Litwy, Danii, Czech, Stanów Zjednoczonych, Kanady. Gościły też orkiestry górnicze, strażackie, policyjne, również młodzieżowe, budowane na bazie instrumentów dętych. I byłem świadkiem pokazu musztry paradnej, przemarszów i występów estradowych, również wielkich widowisk typu koncert orkiestr pod batutą jednego dyrygenta. I okazało się, że to są fascynujące wydarzenia artystyczne. Ci muzycy są świetni także w innym repertuarze - grają również standardy amerykańskie, jazzowe, muzykę ludową. Z taką orkiestrą występują często mażoretki. To odnosi się do parad brazylijskich, do samby. Taniec, muzyka i publiczność wokół.

Wysłałem maile, zadzwoniłem i poprosiłem orkiestry, aby - jeśli są zainteresowane - wzięły udział. Był to kontakt typu informacyjnego i zachęcającego. Znam wielu muzyków orkiestr wojskowych. Należę do IMMS - International Military Music Society - Stowarzyszenia Miłośników Muzyki Wojskowej.

Mam nadzieję, że w miarę możliwości orkiestry zaangażują się w Święto Muzyki. Na razie pewne jest to, że wystąpi Orkiestra Victoria, ale ona działa w Rembertowie i tam też odbędzie się jej przemarsz i koncert na schodkach w Urzędzie Gminy.

Także mój impuls miał charakter informacyjno-zachęcający z racji kontaktów koncertowych.

E.C.: Jak Pana zdaniem można skutecznie promować Święto Muzyki? Jak zachęciłby Pan mieszkańca stolicy do wzięcia udziału w pierwszym w Warszawie Święcie Muzyki?

A.K.: Najważniejsza jest informacja - billboardy, prasa, radio, internet. Informacje w Domach Kultury, na Uniwersytecie Muzycznym, miejscach odwiedzanych przez ludzi kultury. Interesuje mnie reakcja polskiego społeczeństwa na tenora wsiadającego do autobusu i śpiewającego arie przez dwa przystanki. Albo jak Polacy zareagują na instrumentalistę wyłaniającego się nagle za rogiem i grającego na bębenku. I wyobraźmy sobie, że później dochodzi do niego trębacz. Jeden, drugi. Po czym nadjeżdża samochód wojskowy z saksofonistami. I powoli tworzy się cała dęta orkiestra. Polacy są wstrzemięźliwi w okazywaniu uczuć artystycznych. Musimy się tego uczyć.

E.C.: Posługując się przenośnią, można powiedzieć, że 21 czerwca Nowy Świat, Smolna, Foksal, Chmielna, Skwer Hoovera, praski Koneser oraz wiele innych miejsc w Warszawie stanie się jednym wielkim radiem – w różnych punktach miasta jak na różnych stacjach będzie "leciała" inna muzyka. Jakie częstotliwości usłyszałby Pan najchętniej? Czyj koncert będzie dla Pana priorytetem na Święcie Muzyki?

A.K.: Astor Piazzola. To trochę wynika z moich tanecznych zainteresowań. Tango ciekawi mnie zresztą w szerszym kontekście - ludowości argentyńskiej, całej kultury iberoamerykańskiej, rytmów kubańskich, brazylijskich. Samo Święto Muzyki odwołuje się troszkę do brazylijskich parad samby, rumby. Interesuje mnie też klasyka z tej części świata: Heitor Villa - Lobos. Lubię stary jazz, taki dixielandowy. Blues. Górecki, Kilar - to już jest klasyka. Na ogół wszystko chłonę i rzadko co mi się nie podoba. Ale nie lubię nowoczesnych tendencji jazzowych. I muzyki współczesnej. Nie zawsze ją rozumiem.

E.C.: Instrumentem, który posiadamy wszyscy, jest głos ludzki. Naukę "gry" na tym instrumencie teoretycznie może spróbować podjąć każdy, nie potrzebujemy do tego żadnych pudeł rezonansowych, strun, membran czy innych materialnych części, z których da się wydobyć dźwięk. Jednak barwa i tembr głosu, intonacja i dobra dykcja potrafią być swoistą muzyką, balsamem dla duszy. Lubimy słuchać interesujących głosów: mamy swoich ulubionych spikerów, prezenterów, aktorów. Według mnie warto by było w ramach Święta Muzyki zorganizować koncert pięknych głosów. Byłby to w tym momencie nie występ śpiewaków operowych, ale swoista "muzyka mówiona", dźwięk w czystej postaci, czysta forma, czarny kwadrat na białym tle. Zwłaszcza niewidoczni, a budzący dużą ciekawość dziennikarze radiowi mogliby wystąpić na jedynym w swoim rodzaju koncercie. Co pan myśli na temat takiego zorganizowania publicznego banku głosów?

A.K.: Pomysł ryzykowny. W kulturze polskiej śpiew nie jest na pierwszym miejscu. W Anglii ludzie śpiewają, bawią się przy muzyce. U nas nie zna się kolęd, hymnu. Lekcje muzyki zlikwidowano. Karaoke też się słabo u nas przyjęło. Jesteśmy introwertykami. Oczywiście na takim koncercie niekoniecznie by śpiewano, można by mówić poezję, zastosować jakąś melodeklamację.

Pomysł jest bardzo ciekawy, byłaby szalona zabawa. Obawiam się jednak, że ludzie skoncentrowani na swoim wizerunku nie chcieliby się poddawać weryfikacji. Taki koncert byłby więc ryzykowny, ale inspirujący. To mogłoby być ciekawe.

rozmowę przeprowadziła
Eliza CELOCH

poniedziałek, 4 lipca 2011

Święto Muzyki 2011
Emocje. W głowie mapa miasta z punktami, które będą emanować muzyką.

Ryszard Bazarnik przy Rondzie de Gaulle'a, fot. Tomasz Kwiatkowski

Dojeżdżam. Przy Rondzie de Gaulle'a, wokół palmy - Afryka. Ryszard Bazarnik grający na bębnach. Gorące rytmy zniewalają. Każdy musi się zatrzymać i posłuchać. Błysk fleszów, wywiad za wywiadem. Początek pierwszego w Warszawie Święta Muzyki.

Ryszard Bazarnik chciał na tym występie zagrać na największym bębnie świata, który sam skonstruował. Jednak ze względów technicznych ostatecznie do tego nie doszło. Niewątpliwie jednak muzyk przyniósł ze sobą promienny uśmiech i energię, którą zarażał słuchaczy.

Kolejnym punktem programu był jedyny w swoim rodzaju performance na Placu Piłsudskiego. Najpierw zobaczyliśmy głównego aktora - Maćka. Patrycja Piekutowska, wybitna skrzypaczka - solistka zorganizowała na jego prośbę orkiestrę.

Muzycy ustawili się z pulpitami za kotarami. Przez szpary pomiędzy jedną a drugą widzieliśmy zbliżającą się Marię, której uwagę za pomocą żywiołowej rozmowy skutecznie odwrócił pewien mężczyzna w średnim wieku.

Nagle Maria usłyszała dźwięki orkiestry. Z pierwszymi słowami piosenki parawany rozsunęły się i kobieta zobaczyła Maćka, który śpiewał: "Can't take my eyes off you". Zaskoczenie pomieszało się ze wzruszeniem i widocznym silnym przeżyciem.

Później jeszcze spontaniczna decyzja orkiestry, by zagrać sto lat. Tańcząca na ogromnych przestrzeniach Placu Piłsudskiego para. Na koniec fundamentalne pytanie.

Nie, to akurat nie był performance. Były to jedyne w swoim rodzaju, spektakularne oświadczyny. Przy dźwiękach orkiestry, z widownią jak na koncercie, przy okazji radosnego Święta Muzyki kolejna radość.

Tłum skierował się w stronę Krakowskiego Przedmieścia i Nowego Światu. Zbliżała się godzina rozpoczęcia wielu koncertów. Jak to się potoczy? Jak ostatecznie zorganizuje? Jak zabrzmi? Trakt Królewski zamienił się w jeden wielki znak zapytania.

Byłam już na Nowym Świecie, gdy zobaczyłam zabawną ciuchcię, w której grał mały zespół dixielandowy ubrany w stroje a la lata dwudzieste. Ciuchcia jechała, zespół grał, a czas przestał istnieć i nie wiadomo już było, czy żyjemy w epoce wczesnego jazzu, dziewiętnastowiecznych kamienic czy dwudziestego pierwszego wieku z samochodami, w których niemal zatrzymywali się wówczas kierowcy, zasłuchani w muzykę graną na żywo, na ulicy, jakby dla nich w prezencie. Dosłownie na chodniku, niemal na jezdni stało trio.

- Jak się nazywacie?

- Nie nazywamy się. Przyszliśmy tu grać.

Kiedy zespół zrobił sobie przerwę, obok keybordu nadal stał mikrofon. Pewna kobieta podeszła i zupełnie spontanicznie zaczęła śpiewać. Święto Muzyki stało się dla niej pretekstem do wyrażenia siebie.

Również obecny na przeciwległej stronie ulicy wirtuoz gry na wiadrach i kanistrach włączył się czynnie do Święta Muzyki. Niewątpliwie posiadał duże poczucie rytmu i słuchało się go miło.

W pobliżu Kościoła św. Anny siedziały też dwie młode dziewczyny, które grały na bębnach. Jakby chciały podgrzać atmosferę...

Nasza polska brazylijska fiesta dojrzewała w słońcu niczym egzotyczny owoc. Tego w Warszawie jeszcze nie było. Jednocześnie, symultanicznie koncert za koncertem, całe wachlarze dźwięków, mozaika tonacji i instrumentacji. Urozmaicone menu miasta. Jednak czułam nienasycenie.

Kościół św. Anny. Orkiestra Sinfonia Iuventus zaprasza przed murami kościoła na koncert. W programie Symfonia Jowiszowa. Usłyszały to dzieci z podpoznańskiej miejscowości, które wybrały się na wycieczkę do Warszawy i spontanicznie wraz ze swoim nauczycielem zareagowały na zaproszenie. Weszły do kościoła.

Popłynęły pierwsze dźwięki symfonii Mozarta. Idealna zgodność formy i treści. To było spotkanie z harmonią, melodią, charakterystyczną dla Mozarta lekkością. Symfonia brzmiała "jasno", nie dramatycznie, ale mocno, zwycięsko. Jej klasyczna architektonika wprowadzała ład do chaotycznego postmodernistycznego świata zewnętrznego i wewnętrznego wszystkich zgromadzonych. Można zaryzykować stwierdzenie, że ona sama była jak Kościół w tym kościele.

Kiedy koncert się skończył, skierowałam się w stronę Domu Polonii, przed którym powstała Scena Rodzinna. Tu grali między innymi Janusz Prusinowski Trio i Kapela Dzieci Naszych. Zespoły otoczył wianuszek zainteresowanych. Niemiejskie, skoczne melodie w centrum Warszawy wyraźnie ożywiły mieszkańców stolicy. Wokół Domu Polonii było tłoczno i kolorowo. Z lotu ptaka zasłuchany w muzykę folkową barwny tłum mógł przypominać kolorową góralską kamizelkę.

Kolejny przystanek. Scena jazzowa przy Pałacu Branickich. Jedyna w swoim rodzaju Magda Piskorczyk z zespołem. I rzeka ludzi przypływająca po mapki Święta Muzyki i Kwartalnik Muzyczny rozdawany przed do tej pory zamkniętymi bramami.

Ze sceny powoli sączy się blues. "Czarny" głos wokalistki wypełnia przestrzeń. Dźwięki gitary narastają. Robi się coraz mniej amerykańsko. Robi się coraz cieplej, granice zacierają się zupełnie i jest tak, jakby wszyscy usiedli w kręgu przy ognisku i... poczuli bluesa. Coraz więcej magii.

Nieco później i trochę dalej, bo w Kordegardzie śpiewała Maja Olenderek. Przybyła publiczność przecinała ulicę. Tu z kolei zgromadzili się ci tęskniący za Wschodem - wschodnimi skalami, dźwiękiem bębnów, dymami z kadzideł, i pustynnym piaskiem. Nastrój wyczarowany został dzięki wiolonczeli, gitarze, basowi i klawiszom, a także chórkowi i oczywiście głosowi Mai Olenderek. Wśród widzów wytworzyło się swoiste poczucie wspólnoty. Wszystko zdawało się być nieostre, ukryte, jakby za mgłą, bo muzyka ta brzmiała niepokornie, "ciemno". Nieposkromione, "dzikie" melodie mogły przypominać bliżej nieokreślone obrzędy. Było w tym koncercie coś pogańskiego, tanecznego i mrocznego zarazem.

Nigel Kennedy nagrał ostatnio z Kroke budzącą zachwyt płytę East meets East. Nie do końca wschodnia (chociażby dlatego, że śpiewano po angielsku, jak w jakimś musicalu) i niewątpliwie nie do końca zachodnia muzyka zespołu Maja Olenderek Ensemble sprawiała, że koncert w Kordegardzie można by było, parafrazując tytuł płyty wybitnego skrzypka, nazwać West meets East. I to w samym centrum stolicy. W ramach idei Święta Muzyki. Skrzyżowanie europejskości z azjatyckością.

Z żalem opuściłam Krakowskie Przedmieście, ale nadchodzący wieczór stanowił jedno wielkie crescendo przeżyć. Znalazłam się na deptaku ulicy Chmielnej. Trasę spaceru wyznaczały nadchodzące dźwięki. Najpierw usłyszałam The Voices. Znany mi śpiewający aktor Jarosław Sacharski wraz z kolegą z zespołu wykonał "skeczopiosenkę" Hakuna Matata. Istny Walt Disney. Bajka wśród stalowych wieżowców. Uwielbiałam tę piosenkę, film oglądałam wiele razy, scenariusz znałam swego czasu niemal na pamięć. Niezliczona ilość szkół podstawowych pustoszała kilkanaście lat temu w dzień seansu "Króla Lwa" - dzieci i nauczyciele udawali się do kin.
Każde pokolenie ma swoje przeboje. Na podwórku przed Domem Braci Jabłkowskich była tak zwana scena retro. Występowała m. in. Kapela z Targówka. Smukła skrzypaczka z kapelusikiem i twarzą przykrytą woalką. Dwa akordeony. Kontrabas. Obój. Gitara. Wokalista w słomkowym kapeluszu. Przedwojenna, stara Warszawa. Za chwilę wokalista w cylindrze. Muzyka jako wehikuł czasu. Przed sceną na krzesełkach starsze panie, które zaczynają śpiewać. Wspominać? Te przeboje przywołały młodość, koncerty na tej scenie mogłyby uchodzić za juwenalia Uniwersytetu Trzeciego Wieku, a pozostali patrzyli na kapele z zaciekawieniem i sympatią.

Kiedy oddaliłam się od kamienicy, usłyszałam śpiewający właśnie Chór Teatru Roma. Aktorzy śpiewali bez scenografii, charakteryzacji, błyskotliwej reżyserii światła i całej przedniej przecież orkiestry. Zaśpiewali po prostu całkiem naturalnie na ulicy. Zgromadził się przed nim tłum, który mógłby spokojnie zająć dwadzieścia rzędów w teatrze. Marcin Mroziński błyszczał. Jego wokalni partnerzy również pokazali pełen profesjonalizm. Istotą musicalu nie jest jego uroczy blichtr, ale specyficzna muzyka, pewien określony typ śpiewania. I tak właśnie stało się tego wieczoru. Kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki i zapadła niewidzialna kurtyna, nie ulegało już wątpliwości: mieliśmy Broadway na Chmielnej.

Następną przyjemnością tego dnia był dla mnie koncert Werchowyny. Przed sceną dostrzegłam rudowłosą młodą kobietę. Przymknęła powieki, lekko uniosła we wzruszeniu rękę. Wyglądała trochę tak, jakby medytowała albo zatopiła się w modlitwie.

- To piękne, prawda?

- T-t-t-t-tak - odpowiedziała jakby zbudzona ze snu, z lekką pretensją w głosie, jakbym wyrwała ją z jakiegoś błogostanu.

Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje. Kiedy przychodzi do nas w środku tygodnia, po pracy, "w pochodzie codzienności", w kołowrotku, zmusza do zatrzymania. Najprostsza teoretyczna definicja muzyki to organizacja materii dźwiękowej w czasie. Muzyka w ogóle jest szczególnie zorganizowanym czasem. Kolejne sekundy, minuty wypełniają szesnastki, ósemki, ćwierćnuty.

Werchowyna przyniosła nam do Warszawy kawałek Ukrainy, Rosji, jakieś prawosławie, trochę cerkiew, a trochę wiejskie podwórko. Głosy łączyły się i łamały, słychać było charakterystyczny zaśpiew. Istotnie, było w tym coś mistycznego. Może słyszałam anioły?

Do Pałacu Branickich było już niedaleko, ale na końcu Chmielnej odbyło się specyficzne, jedyne w swoim rodzaju Święto Tańca, a taniec jak wiadomo nie może bez muzyki egzystować. Ci, którzy przy tych piosenkach nie stali w miejscu bawili się wyśmienicie. Wszystkie sztuki się ze sobą pomieszały. Właśnie w tym punkcie Chmielnej, w Święto Muzyki, które  łączy pokolenia i narody, będąc w gruncie rzeczy europejską ideą demokratycznego forum muzycznych wypowiedzi, właśnie tego dnia powróciliśmy do korzeni naszej kultury śródziemnomorskiej. W starożytnej Grecji muzyka łączyła się z poezją i tańcem, była to sztuka synkretyczna, tak zwana trójjedyna chorea.

Już tylko kilka metrów dzieliło mnie od Pałacu Branickich, przy którym królował wczesny jazz. Zbigniew Namysłowski w 17-osobowym Big Bandzie. Istny popis. Ludzie chłoną wszystkie rytmiczne przesunięcia i nieklasyczne akordy. Odpoczywają. Pewna starsza kobieta zaczęła sama spontanicznie tańczyć przed sceną.

O 21.00 Andrzej Jagodziński Trio i Agnieszka Wilczyńska, wykonawcy muzyki z płyty "Warownym grodem". Improwizacja goni improwizację. To jazz z klasą. Dźwięki fortepianu balsamicznie, leczniczo działały na publiczność, która chłonęła, łaknęła tej muzyki. Każda zmiana harmoniczna wprowadzała harmonię do niespokojnych dusz. Dodatkowo muzycy przed oświetlonym wieczorem Pałacem Branickich wyglądali bardzo malowniczo.

Niesamowite jest to, że tego wieczoru można było być pijanym muzyką, a przecież jej święto obchodzono też hucznie na warszawskiej Pradze. Na przykład Park Praski rozsadzała energia słuchaczy i wykonawców. Nie sposób było wszystkiego posłuchać. Jednak po 21 czerwca w Warszawie nie ucichnie. Fragment stolicy stanie się muzyczną dzielnicą, tak zwanym Kwartałem Muzycznym. Wypłynęło to zresztą całkiem naturalnie. Demokratycznie.

Na koniec zaśpiewał Jazz City Choir. Koda Święta Muzyki była radosna. Na zadane na scenie pytanie jednego z organizatorów Jarosława Chołodeckiego: Czy chcecie, aby Warszawa była miastem muzyki? padła głośna, zdecydowana odpowiedź zgromadzonych: Tak!

Nie było żadnego veto.


Kiedy miasto ogarnęła cisza nocna, w Centrum Smolna w Saloniku Chopinowskim wciąż trwało Święto Muzyki. Maria Pomianowska ze swoją studentką grały na sukach biłgorajskich. Niepowtarzalna barwa historycznych instrumentów zaprowadziła nas do jakiegoś bezczasu, swego rodzaju pierwotności, źródłowości, archaiczności.

Tu kończę swoją opowieść, bo później stało się coś, czego nie przewidziałam i nie zaplanowałam. Magda Piskorczyk i Ola Siemieniuk chciały zabrzmieć z fortepianem. To była zupełnie nieopisywalna przyjemność.

Eliza CELOCH

środa, 22 czerwca 2011

Andrzej Jagodziński:
„Muzyka powinna być na żywo.
Sztuka powinna być na żywo.”

Andrzej Jagodziński Trio, fot. Tomasz Kwiatkowski
Eliza Celoch: Jak gra się muzykę klasyczną nieklasycznie? Jak tłumaczy się romantyzm Chopina na język jazzu?

Andrzej Jagodziński: Nie potrafię grać klasycznie. Na fortepianie zawsze grałem amatorsko. To nigdy nie było granie profesjonalne. W klasie innego instrumentu (waltornia) ukończyłem Akademię Muzyczną. Na fortepianie zawsze grałem dla przyjemności. Przeważnie Bacha i Chopina. Jak gra się muzykę klasyczną nieklasycznie? To pytanie, na które nie wiem, czy jest odpowiedź. Istnieje takie pytanie, co to jest swing. Jak ktoś gra i słuchanie wciąga, to to jest swing. A jeśli ktoś gra Chopina i to go wciąga i jeśli dwa światy: wykonawcy i słuchaczy przenikają się, to to jest piękne.

Ja ukułem na własny użytek teorię. Mianowicie, żeby dobrze wykonać Chopina, trzeba być jazzmanem. Są takie wykonania, że na sto procent swingują. Na przykład Rubinstein. Ten wybitny pianista często jeździł po świecie z wykładami. Zawsze zauważał, że z Chopinem wykonawcy mają problem. O jakości muzyki decyduje tu talent do improwizacji. Muzykę Chopina można zagrać na sposób jazzowy. Te nuty można zagrać zupełnie inaczej. Można tchnąć w nie życie. Glenn Gould, pianista wybitny, genialny interpretator Bacha, najlepszy interpretator Wariacji Goldbergowskich nagrał "Sonatę h-moll" Fryderyka Chopina. Zagrał ją w sposób kompromitujący, po Bachowsku. Ten genialny pianista nie miał duszy słowiańskiej.

Chopin, Rachmaninow, Skriabin stoją obok głównego nurtu - muzyki niemieckiej. Żeby dobrze wykonać Chopina, trzeba traktować nieco inaczej nuty Chopina, adaptować je do swojej osobowości, interpretować je tak, jak dyktuje wrażliwość.

E.C.: Lubi Pan Rafała Blechacza?

A.J.: Nie gra tak, jak lubię.

E.C.: A Marthę Argerich?

A.J.: Tak.

E.C.: Wiedziałam. To są emocje...

A.J.: Jazzman zawsze nauczy się grać muzykę klasyczną, a klasyk nie zawsze nauczy się grać jazz. Bycie jazzmanem to bycie kompozytorem. Często słucham różnych kompozytorów muzyki klasycznej. Taką wiecznie błyszczącą perłą jest Mozart. Jerzy Semkow - wybitny polski dyrygent napisał: "Zarówno Mozart jak i Beethoven spotkali się na szczytach osiągnięć ludzkości, tylko że Beethoven dotarł tam po wielkim ludzkim znoju, natomiast Mozart znalazł się tam, bo zstąpił z nieba."

Muzyka Mozarta jest idealna, doskonała. Jakby się sama napisała.

E.C.: Lubi Pan Jacquesa Loussiera grającego na jazzowo Bacha?

A.J.: Nie. Tam jest za dużo jazzu. Najpierw jest Bach, potem blues. Wg mnie jeżeli zajmujemy się muzyką klasyczną z punktu widzenia jazzmana, to również powinniśmy improwizować w sposób spójny z tematem – w przypadku improwizacji na temat muzyki Chopina - zgodnie z idiomem Chopinowskim zawartym w tej muzyce. Moim zdaniem nie wolno używać wtedy współczesnych skal, pochodów, świetnych, ale nieadekwatnych. Żeby to korespondowało z tematem, musimy używać środków z danej epoki. Jazzowa improwizacja na temat Bacha powinna być polifoniczna.

E.C.: Ale to byłoby bardzo trudne.

A.J.: Zgadza się. Ale żeby to było chociaż jakieś fugato.

E.C.: Improwizacja nieścisła...

A.J.: Tak. Spójrzmy na Schoenberga. Jego wczesne kompozycje nie były dodekafoniczne, ale zupełnie klasyczne. Świadczą o dogłębnej znajomości warsztatu.

Jeśli improwizujemy jazzowo, tworzymy w obrębie harmonii dur-moll, poruszamy się w obszarze pewnych schematów. To jest trudniejsze niż taka free improwizacja polegająca na czerpaniu ze skali dwunastotonowej. Jeśli od czegoś odchodzimy, to musimy wiedzieć, od czego.

Za życia Bacha improwizowano zresztą na szeroką skalę. Każdy muzyk wtedy improwizował.

E.C.: Czasy basu cyfrowanego...

A.J.: Natomiast aż do czasów Chopina pianista musiał zaimprowizować kadencję w koncercie fortepianowym na temat z pierwszej części. Dzisiaj się tego już nie praktykuje.

E.C.: To prawda. Kadencja jest zapisana.

E.C.: Koncertował Pan ze swoim zespołem na całym świecie – w Meksyku, na Syberii, w Argentynie, Chinach, Libanie, w Izraelu. Grał Pan w Sali Wielkiej Konserwatorium w Moskwie i... w parku w Chicago. Co Pan myśli o obecnych dziś w sztuce tendencjach do burzenia dystansu scena-widownia zaznaczających się także we współczesnym teatrze? Co Pan sądzi o graniu w plenerze? I czym jest dla Pana idea Święta Muzyki?

A.J.: Święto Muzyki to dzień, w którym zarówno zawodowiec jak i amator może muzyką publicznie wyrazić to, co chce. I to jest wspaniałe. Sam brałem udział w Święcie Muzyki w samym Paryżu, w którym narodziła się ta idea. Graliśmy na dziedzińcu muzeum z Januszem Olejniczakiem. Bardzo miło to wspominam.

E.C.: Co Pan myśli o powstaniu w Warszawie jedynej w swoim rodzaju dzielnicy muzycznej - Kwartale Muzycznym? Jak Pan go sobie wyobraża? Czy popiera Pan tę inicjatywę?

A.J.: Kwartał Muzyczny to świetny pomysł.

Dla muzyka bardzo ważny jest kontakt z publicznością. Pierwsze kluby jazzowe były ciasne, zatłoczone. Pianista czuł na plecach oddech słuchacza.

Dobrym przykładem jest Szwecja, w której w restauracjach powyżej pewnej ilości miejsc obowiązkowo musi być zatrudniony muzyk. Działania fal dźwiękowych nie zastąpi głośnik. Muzyka powinna być na żywo. Sztuka powinna być na żywo.

"Nie zastąpi już obcowania ciał obcowanie dusz" - śpiewał Kabaret Starszych Panów. Podczas słuchania muzyki ważny jest ten kontakt fizyczny, realny. Nie wirtualny, jak wtedy, gdy słuchamy muzyki nagranej.

Jak najbardziej popieram tę ideę. Obszar, na którym znajduje się UMFC i Muzeum Fryderyka Chopina jest idealny do jej realizacji. Wiele rzeczy mogłoby się odbywać w zaułkach Foksal - Ordynacka. Kwartał Muzyczny znacząco wpłynie na podnoszenie wrażliwości na muzykę wśród społeczeństwa.

rozmowę przeprowadziła
Eliza CELOCH