Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Jagodziński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Jagodziński. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 października 2011

O inspiracjach i tajemnicach organizacyjnych
czyli wywiad z Anną Mamińską
koordynatorką Święta Muzyki

Eliza Celoch: Skąd pomysł na to, by w Warszawie urządzić Święto Muzyki?

Anna Mamińska: W moim przypadku pomysł wziął się ze spotkania z Georgesem Perot, który jest organizatorem Święta Muzyki w Atenach i tam na ogromną skalę realizuje je już od 12 lat. Poznałam go podczas Targów Muzyki Świata Worex i Georges zaraził mnie tam swoim entuzjazmem. Opowiadał o tym, jak organizuje to wydarzenie u siebie, jak wygląda to w innych krajach Europy i stwierdził, że najwyższy czas urządzić Święto Muzyki w Polsce. Jest to bardzo charyzmatyczna postać. Przez internet via skype ustaliliśmy zarys tego wydarzenia i od niego wciąż dostaję takie know-how.

Postanowiłam złożyć wniosek do Urzędu Miasta o dofinansowanie tego projektu. Nie udało się uzyskać tych funduszy, ale mimo to postanowiłam się nie poddawać i podjąć współpracę z domami kultury. I odezwał się do mnie Jarek Chołodecki z Centrum Smolna. Postanowiliśmy to zorganizować razem.

Muzyka jest bezpośrednio częścią mojego życia. Gram w Rucie na fideli płockiej - instrumencie strunowym smyczkowym zrekonstruowanym na podstawie znalezisk archeologicznych w 1985 r. w Płocku. Tak zwaną technikę paznokciową dobrała do tego instrumentu Maria Pomianowska, a ja jestem jej uczennicą.

W Święcie Muzyki ujęło mnie to, że jest to święto eksponujące radość grania, taka sztuka dla sztuki. Jako organizatorka różnych festiwali mam dość komercyjnego charakteru muzyki, różnych kompromisów, na które idzie się po to, by wszystko sprzedać. Często muzyce brakuje przekazu i takiego dobrego ducha. A wydaje mi się, że Święto Muzyki to dobra okazja, by sięgnąć do takiego radosnego ducha bezinteresownego muzykowania. Dla mnie to wydarzenie jest czymś w rodzaju urodzin, czymś w rodzaju oddania hołdu muzyce. A że muzyka jest sztuką, która chyba najbardziej bezpośrednio potrafi oddziaływać na ludzi, to uważam, że idea tego święta ma szansę dotrzeć do szerokiej publiczności. Bardzo mnie cieszy międzynarodowy wymiar tego wydarzenia, to, że tyle osób na świecie w jednym dniu wychodzi na ulice i cieszy się zewsząd dobiegającą muzyką. Mam nadzieję, że będziemy to rozwijać w takim kontekście bardziej międzynarodowym.

E.C.: Jakie zespoły zgłosiły się do tej pory? Czy opowiedziałabyś z jakimi stylami będzie mógł się 21 czerwca spotkać mieszkaniec Warszawy na trasie Kwartału Muzycznego, jedynej w swoim rodzaju muzycznej dzielnicy?

A.M.: Będą style wszystkie możliwe. Sporo zespołów klasycznych, wiele zespołów rockowych i hardrockowych, reggae. Są też projety popowe, jazzowe, jest troszkę zespołów ludowych, folkowych, grających muzykę wiejską, trochę projektów eksperymentalnych. Są zespoły dziecięce i chóry. Są soliści instrumentaliści. Swój udział w wydarzeniu zadeklarowali m. in. Andrzej Jagodziński Trio, Grażyna Auguścik, Maria Pomianowska z zespołem. Na zaproszenie Instytutu Cervantesa pojawi się zespół Altraste - prosto z Wysp Kanaryjskich. Na pewno będzie szwajcarski zespół Pamplemousse, który wykonuje piosenkę francuską, ciekawy zespół Daktari, który inspiruje się muzyką klezmerską. Z ostrzejszych brzmień pojawi się Futurobnia, Syrbski Jeb. Warto powiedzieć o zespole Mute, który pojawił się w zeszłym roku na debiutach w Opolu. Na facebooku Święta Muzyki staramy się na bieżąco przekazywać informacje o wykonawcach, którzy już potwierdzili swój udział w wydarzeniu.

E.C.: Byłaś koordynatorką wielu wydarzeń kulturalnych na Pradze, m. in. cyklu koncertowego EtnoPraga, Festiwalu Nowa Muzyka Żydowska czy Pleneru Praskiego. Jesteś polską laureatką konkursu dla młodych przedsiębiorców branży muzycznej - Young Creative Entrepreneur 2008. Obecnie wraz z Natalią Orbaczewską koordynujesz wielką imprezę muzyczną - Święto Muzyki. Jak Ci się pracuje przy organizacji tego przedsięwzięcia? Będzie to w końcu bezprecedensowe wydarzenie w stolicy. Czy napotykałaś jakieś trudności, czy może zdarzały się sytuacje, w których los mile Cię zaskoczył?

A.M.: Mogę powiedzieć, że przy okazji organizacji Święta Muzyki miałam okazję poznać wiele ciekawych osób bardzo entuzjastycznie nastawionych do idei Święta Muzyki i fachowo podchodzących do realizacji różnych zadań i bardzo się cieszę, że wyłoniła się taka grupa osób, które są niezwykle pomocne przy realizacji tego przedsięwzięcia. Fantastyczne jest to, że czuje się tu taką pracę grupową, że każdemu zależy, żeby wyszło to jak najlepiej i każdy jest gotów dać z siebie jak najwięcej. Zdarzają się trudności, mamy pewne braki - są to pewne braki finansowe. Także cały czas poszukujemy sponsorów, a nie potrzebujemy wiele środków, tylko pieniądze, aby zabezpieczyć nagłośnienie części wydarzeń czy też zapewnić ochronę albo tak prozaiczne rzeczy jak poczęstunek dla wykonawców. Na szczęście udało nam się zjednać partnerów, którzy wnoszą bardzo wiele. Często są to w pełni wyposażone sceny z nagłośnieniem i oświetleniem.

E.C.: Czy Święto Muzyki będzie w Warszawie imprezą cykliczną odbywającą się co roku w pierwszy dzień lata?

A.M.: Wierzę, że tak i wierzę, że będzie się cały czas rozwijać i stanie się wydarzeniem dominującym, jeśli chodzi o czerwcowe imprezy warszawskie. Mam też nadzieję, że uda nam się promocyjnie przebić ze Świętem Muzyki. Zakładając, że w tym roku wypracujemy sobie podstawowy schemat organizacji, to w przyszłym roku łatwiej będzie pozyskiwać partnerów w postaci ambasad, instytucji kultury oraz sponsorów. Mam nadzieję, że będzie się rozwijać współpraca międzynarodowa, że będziemy się intensywnie wymieniać zespołami i promować zespoły warszawskie na arenie międzynarodowej. I bardzo liczę na to, że uda nam się w przyszłym roku pozyskać fundusze, które pozwolą nam bardziej swobodnie i profesjonalnie działać.

E.C.: Czyjego występu najbardziej nie możesz się doczekać?

A.M.: Koordynuję to wydarzenie i chciałabym zobaczyć wszystkie występy, ale jest to absolutnie nierealne. Tak naprawdę nie wiem, gdzie ja powinnam się znaleźć tego wieczora... Z tej racji, że pracuję w Domu Kultury Praga będę się raczej skupiać na wydarzeniach po tej stronie Wisły, oglądać zespoły, które wystąpią na scenie Konesera. A będzie to szwajcarski zespół Pamplemousse i hiszpański zespół - ale nie mam jeszcze potwierdzenia - Giulia y los Tellarini. Jeśli oni przyjadą, to właśnie ich nie mogę się doczekać najbardziej. Jestem też ciekawa, jak wypadną zespoły występujące w nietypowych miejscach, jaka będzie reakcja publiczności na grupę śpiewaków śpiewającą w centrum handlowym albo gdzieś na ulicy. Bardzo mnie to interesuje, w jaki sposób warszawska publiczność przyjmie to wydarzenie, a mam nadzieję, że przyjmie je przyjaźnie.

rozmowę przeprowadziła
ELIZA CELOCH

poniedziałek, 4 lipca 2011

Święto Muzyki 2011
Emocje. W głowie mapa miasta z punktami, które będą emanować muzyką.

Ryszard Bazarnik przy Rondzie de Gaulle'a, fot. Tomasz Kwiatkowski

Dojeżdżam. Przy Rondzie de Gaulle'a, wokół palmy - Afryka. Ryszard Bazarnik grający na bębnach. Gorące rytmy zniewalają. Każdy musi się zatrzymać i posłuchać. Błysk fleszów, wywiad za wywiadem. Początek pierwszego w Warszawie Święta Muzyki.

Ryszard Bazarnik chciał na tym występie zagrać na największym bębnie świata, który sam skonstruował. Jednak ze względów technicznych ostatecznie do tego nie doszło. Niewątpliwie jednak muzyk przyniósł ze sobą promienny uśmiech i energię, którą zarażał słuchaczy.

Kolejnym punktem programu był jedyny w swoim rodzaju performance na Placu Piłsudskiego. Najpierw zobaczyliśmy głównego aktora - Maćka. Patrycja Piekutowska, wybitna skrzypaczka - solistka zorganizowała na jego prośbę orkiestrę.

Muzycy ustawili się z pulpitami za kotarami. Przez szpary pomiędzy jedną a drugą widzieliśmy zbliżającą się Marię, której uwagę za pomocą żywiołowej rozmowy skutecznie odwrócił pewien mężczyzna w średnim wieku.

Nagle Maria usłyszała dźwięki orkiestry. Z pierwszymi słowami piosenki parawany rozsunęły się i kobieta zobaczyła Maćka, który śpiewał: "Can't take my eyes off you". Zaskoczenie pomieszało się ze wzruszeniem i widocznym silnym przeżyciem.

Później jeszcze spontaniczna decyzja orkiestry, by zagrać sto lat. Tańcząca na ogromnych przestrzeniach Placu Piłsudskiego para. Na koniec fundamentalne pytanie.

Nie, to akurat nie był performance. Były to jedyne w swoim rodzaju, spektakularne oświadczyny. Przy dźwiękach orkiestry, z widownią jak na koncercie, przy okazji radosnego Święta Muzyki kolejna radość.

Tłum skierował się w stronę Krakowskiego Przedmieścia i Nowego Światu. Zbliżała się godzina rozpoczęcia wielu koncertów. Jak to się potoczy? Jak ostatecznie zorganizuje? Jak zabrzmi? Trakt Królewski zamienił się w jeden wielki znak zapytania.

Byłam już na Nowym Świecie, gdy zobaczyłam zabawną ciuchcię, w której grał mały zespół dixielandowy ubrany w stroje a la lata dwudzieste. Ciuchcia jechała, zespół grał, a czas przestał istnieć i nie wiadomo już było, czy żyjemy w epoce wczesnego jazzu, dziewiętnastowiecznych kamienic czy dwudziestego pierwszego wieku z samochodami, w których niemal zatrzymywali się wówczas kierowcy, zasłuchani w muzykę graną na żywo, na ulicy, jakby dla nich w prezencie. Dosłownie na chodniku, niemal na jezdni stało trio.

- Jak się nazywacie?

- Nie nazywamy się. Przyszliśmy tu grać.

Kiedy zespół zrobił sobie przerwę, obok keybordu nadal stał mikrofon. Pewna kobieta podeszła i zupełnie spontanicznie zaczęła śpiewać. Święto Muzyki stało się dla niej pretekstem do wyrażenia siebie.

Również obecny na przeciwległej stronie ulicy wirtuoz gry na wiadrach i kanistrach włączył się czynnie do Święta Muzyki. Niewątpliwie posiadał duże poczucie rytmu i słuchało się go miło.

W pobliżu Kościoła św. Anny siedziały też dwie młode dziewczyny, które grały na bębnach. Jakby chciały podgrzać atmosferę...

Nasza polska brazylijska fiesta dojrzewała w słońcu niczym egzotyczny owoc. Tego w Warszawie jeszcze nie było. Jednocześnie, symultanicznie koncert za koncertem, całe wachlarze dźwięków, mozaika tonacji i instrumentacji. Urozmaicone menu miasta. Jednak czułam nienasycenie.

Kościół św. Anny. Orkiestra Sinfonia Iuventus zaprasza przed murami kościoła na koncert. W programie Symfonia Jowiszowa. Usłyszały to dzieci z podpoznańskiej miejscowości, które wybrały się na wycieczkę do Warszawy i spontanicznie wraz ze swoim nauczycielem zareagowały na zaproszenie. Weszły do kościoła.

Popłynęły pierwsze dźwięki symfonii Mozarta. Idealna zgodność formy i treści. To było spotkanie z harmonią, melodią, charakterystyczną dla Mozarta lekkością. Symfonia brzmiała "jasno", nie dramatycznie, ale mocno, zwycięsko. Jej klasyczna architektonika wprowadzała ład do chaotycznego postmodernistycznego świata zewnętrznego i wewnętrznego wszystkich zgromadzonych. Można zaryzykować stwierdzenie, że ona sama była jak Kościół w tym kościele.

Kiedy koncert się skończył, skierowałam się w stronę Domu Polonii, przed którym powstała Scena Rodzinna. Tu grali między innymi Janusz Prusinowski Trio i Kapela Dzieci Naszych. Zespoły otoczył wianuszek zainteresowanych. Niemiejskie, skoczne melodie w centrum Warszawy wyraźnie ożywiły mieszkańców stolicy. Wokół Domu Polonii było tłoczno i kolorowo. Z lotu ptaka zasłuchany w muzykę folkową barwny tłum mógł przypominać kolorową góralską kamizelkę.

Kolejny przystanek. Scena jazzowa przy Pałacu Branickich. Jedyna w swoim rodzaju Magda Piskorczyk z zespołem. I rzeka ludzi przypływająca po mapki Święta Muzyki i Kwartalnik Muzyczny rozdawany przed do tej pory zamkniętymi bramami.

Ze sceny powoli sączy się blues. "Czarny" głos wokalistki wypełnia przestrzeń. Dźwięki gitary narastają. Robi się coraz mniej amerykańsko. Robi się coraz cieplej, granice zacierają się zupełnie i jest tak, jakby wszyscy usiedli w kręgu przy ognisku i... poczuli bluesa. Coraz więcej magii.

Nieco później i trochę dalej, bo w Kordegardzie śpiewała Maja Olenderek. Przybyła publiczność przecinała ulicę. Tu z kolei zgromadzili się ci tęskniący za Wschodem - wschodnimi skalami, dźwiękiem bębnów, dymami z kadzideł, i pustynnym piaskiem. Nastrój wyczarowany został dzięki wiolonczeli, gitarze, basowi i klawiszom, a także chórkowi i oczywiście głosowi Mai Olenderek. Wśród widzów wytworzyło się swoiste poczucie wspólnoty. Wszystko zdawało się być nieostre, ukryte, jakby za mgłą, bo muzyka ta brzmiała niepokornie, "ciemno". Nieposkromione, "dzikie" melodie mogły przypominać bliżej nieokreślone obrzędy. Było w tym koncercie coś pogańskiego, tanecznego i mrocznego zarazem.

Nigel Kennedy nagrał ostatnio z Kroke budzącą zachwyt płytę East meets East. Nie do końca wschodnia (chociażby dlatego, że śpiewano po angielsku, jak w jakimś musicalu) i niewątpliwie nie do końca zachodnia muzyka zespołu Maja Olenderek Ensemble sprawiała, że koncert w Kordegardzie można by było, parafrazując tytuł płyty wybitnego skrzypka, nazwać West meets East. I to w samym centrum stolicy. W ramach idei Święta Muzyki. Skrzyżowanie europejskości z azjatyckością.

Z żalem opuściłam Krakowskie Przedmieście, ale nadchodzący wieczór stanowił jedno wielkie crescendo przeżyć. Znalazłam się na deptaku ulicy Chmielnej. Trasę spaceru wyznaczały nadchodzące dźwięki. Najpierw usłyszałam The Voices. Znany mi śpiewający aktor Jarosław Sacharski wraz z kolegą z zespołu wykonał "skeczopiosenkę" Hakuna Matata. Istny Walt Disney. Bajka wśród stalowych wieżowców. Uwielbiałam tę piosenkę, film oglądałam wiele razy, scenariusz znałam swego czasu niemal na pamięć. Niezliczona ilość szkół podstawowych pustoszała kilkanaście lat temu w dzień seansu "Króla Lwa" - dzieci i nauczyciele udawali się do kin.
Każde pokolenie ma swoje przeboje. Na podwórku przed Domem Braci Jabłkowskich była tak zwana scena retro. Występowała m. in. Kapela z Targówka. Smukła skrzypaczka z kapelusikiem i twarzą przykrytą woalką. Dwa akordeony. Kontrabas. Obój. Gitara. Wokalista w słomkowym kapeluszu. Przedwojenna, stara Warszawa. Za chwilę wokalista w cylindrze. Muzyka jako wehikuł czasu. Przed sceną na krzesełkach starsze panie, które zaczynają śpiewać. Wspominać? Te przeboje przywołały młodość, koncerty na tej scenie mogłyby uchodzić za juwenalia Uniwersytetu Trzeciego Wieku, a pozostali patrzyli na kapele z zaciekawieniem i sympatią.

Kiedy oddaliłam się od kamienicy, usłyszałam śpiewający właśnie Chór Teatru Roma. Aktorzy śpiewali bez scenografii, charakteryzacji, błyskotliwej reżyserii światła i całej przedniej przecież orkiestry. Zaśpiewali po prostu całkiem naturalnie na ulicy. Zgromadził się przed nim tłum, który mógłby spokojnie zająć dwadzieścia rzędów w teatrze. Marcin Mroziński błyszczał. Jego wokalni partnerzy również pokazali pełen profesjonalizm. Istotą musicalu nie jest jego uroczy blichtr, ale specyficzna muzyka, pewien określony typ śpiewania. I tak właśnie stało się tego wieczoru. Kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki i zapadła niewidzialna kurtyna, nie ulegało już wątpliwości: mieliśmy Broadway na Chmielnej.

Następną przyjemnością tego dnia był dla mnie koncert Werchowyny. Przed sceną dostrzegłam rudowłosą młodą kobietę. Przymknęła powieki, lekko uniosła we wzruszeniu rękę. Wyglądała trochę tak, jakby medytowała albo zatopiła się w modlitwie.

- To piękne, prawda?

- T-t-t-t-tak - odpowiedziała jakby zbudzona ze snu, z lekką pretensją w głosie, jakbym wyrwała ją z jakiegoś błogostanu.

Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje. Kiedy przychodzi do nas w środku tygodnia, po pracy, "w pochodzie codzienności", w kołowrotku, zmusza do zatrzymania. Najprostsza teoretyczna definicja muzyki to organizacja materii dźwiękowej w czasie. Muzyka w ogóle jest szczególnie zorganizowanym czasem. Kolejne sekundy, minuty wypełniają szesnastki, ósemki, ćwierćnuty.

Werchowyna przyniosła nam do Warszawy kawałek Ukrainy, Rosji, jakieś prawosławie, trochę cerkiew, a trochę wiejskie podwórko. Głosy łączyły się i łamały, słychać było charakterystyczny zaśpiew. Istotnie, było w tym coś mistycznego. Może słyszałam anioły?

Do Pałacu Branickich było już niedaleko, ale na końcu Chmielnej odbyło się specyficzne, jedyne w swoim rodzaju Święto Tańca, a taniec jak wiadomo nie może bez muzyki egzystować. Ci, którzy przy tych piosenkach nie stali w miejscu bawili się wyśmienicie. Wszystkie sztuki się ze sobą pomieszały. Właśnie w tym punkcie Chmielnej, w Święto Muzyki, które  łączy pokolenia i narody, będąc w gruncie rzeczy europejską ideą demokratycznego forum muzycznych wypowiedzi, właśnie tego dnia powróciliśmy do korzeni naszej kultury śródziemnomorskiej. W starożytnej Grecji muzyka łączyła się z poezją i tańcem, była to sztuka synkretyczna, tak zwana trójjedyna chorea.

Już tylko kilka metrów dzieliło mnie od Pałacu Branickich, przy którym królował wczesny jazz. Zbigniew Namysłowski w 17-osobowym Big Bandzie. Istny popis. Ludzie chłoną wszystkie rytmiczne przesunięcia i nieklasyczne akordy. Odpoczywają. Pewna starsza kobieta zaczęła sama spontanicznie tańczyć przed sceną.

O 21.00 Andrzej Jagodziński Trio i Agnieszka Wilczyńska, wykonawcy muzyki z płyty "Warownym grodem". Improwizacja goni improwizację. To jazz z klasą. Dźwięki fortepianu balsamicznie, leczniczo działały na publiczność, która chłonęła, łaknęła tej muzyki. Każda zmiana harmoniczna wprowadzała harmonię do niespokojnych dusz. Dodatkowo muzycy przed oświetlonym wieczorem Pałacem Branickich wyglądali bardzo malowniczo.

Niesamowite jest to, że tego wieczoru można było być pijanym muzyką, a przecież jej święto obchodzono też hucznie na warszawskiej Pradze. Na przykład Park Praski rozsadzała energia słuchaczy i wykonawców. Nie sposób było wszystkiego posłuchać. Jednak po 21 czerwca w Warszawie nie ucichnie. Fragment stolicy stanie się muzyczną dzielnicą, tak zwanym Kwartałem Muzycznym. Wypłynęło to zresztą całkiem naturalnie. Demokratycznie.

Na koniec zaśpiewał Jazz City Choir. Koda Święta Muzyki była radosna. Na zadane na scenie pytanie jednego z organizatorów Jarosława Chołodeckiego: Czy chcecie, aby Warszawa była miastem muzyki? padła głośna, zdecydowana odpowiedź zgromadzonych: Tak!

Nie było żadnego veto.


Kiedy miasto ogarnęła cisza nocna, w Centrum Smolna w Saloniku Chopinowskim wciąż trwało Święto Muzyki. Maria Pomianowska ze swoją studentką grały na sukach biłgorajskich. Niepowtarzalna barwa historycznych instrumentów zaprowadziła nas do jakiegoś bezczasu, swego rodzaju pierwotności, źródłowości, archaiczności.

Tu kończę swoją opowieść, bo później stało się coś, czego nie przewidziałam i nie zaplanowałam. Magda Piskorczyk i Ola Siemieniuk chciały zabrzmieć z fortepianem. To była zupełnie nieopisywalna przyjemność.

Eliza CELOCH

środa, 22 czerwca 2011

Andrzej Jagodziński:
„Muzyka powinna być na żywo.
Sztuka powinna być na żywo.”

Andrzej Jagodziński Trio, fot. Tomasz Kwiatkowski
Eliza Celoch: Jak gra się muzykę klasyczną nieklasycznie? Jak tłumaczy się romantyzm Chopina na język jazzu?

Andrzej Jagodziński: Nie potrafię grać klasycznie. Na fortepianie zawsze grałem amatorsko. To nigdy nie było granie profesjonalne. W klasie innego instrumentu (waltornia) ukończyłem Akademię Muzyczną. Na fortepianie zawsze grałem dla przyjemności. Przeważnie Bacha i Chopina. Jak gra się muzykę klasyczną nieklasycznie? To pytanie, na które nie wiem, czy jest odpowiedź. Istnieje takie pytanie, co to jest swing. Jak ktoś gra i słuchanie wciąga, to to jest swing. A jeśli ktoś gra Chopina i to go wciąga i jeśli dwa światy: wykonawcy i słuchaczy przenikają się, to to jest piękne.

Ja ukułem na własny użytek teorię. Mianowicie, żeby dobrze wykonać Chopina, trzeba być jazzmanem. Są takie wykonania, że na sto procent swingują. Na przykład Rubinstein. Ten wybitny pianista często jeździł po świecie z wykładami. Zawsze zauważał, że z Chopinem wykonawcy mają problem. O jakości muzyki decyduje tu talent do improwizacji. Muzykę Chopina można zagrać na sposób jazzowy. Te nuty można zagrać zupełnie inaczej. Można tchnąć w nie życie. Glenn Gould, pianista wybitny, genialny interpretator Bacha, najlepszy interpretator Wariacji Goldbergowskich nagrał "Sonatę h-moll" Fryderyka Chopina. Zagrał ją w sposób kompromitujący, po Bachowsku. Ten genialny pianista nie miał duszy słowiańskiej.

Chopin, Rachmaninow, Skriabin stoją obok głównego nurtu - muzyki niemieckiej. Żeby dobrze wykonać Chopina, trzeba traktować nieco inaczej nuty Chopina, adaptować je do swojej osobowości, interpretować je tak, jak dyktuje wrażliwość.

E.C.: Lubi Pan Rafała Blechacza?

A.J.: Nie gra tak, jak lubię.

E.C.: A Marthę Argerich?

A.J.: Tak.

E.C.: Wiedziałam. To są emocje...

A.J.: Jazzman zawsze nauczy się grać muzykę klasyczną, a klasyk nie zawsze nauczy się grać jazz. Bycie jazzmanem to bycie kompozytorem. Często słucham różnych kompozytorów muzyki klasycznej. Taką wiecznie błyszczącą perłą jest Mozart. Jerzy Semkow - wybitny polski dyrygent napisał: "Zarówno Mozart jak i Beethoven spotkali się na szczytach osiągnięć ludzkości, tylko że Beethoven dotarł tam po wielkim ludzkim znoju, natomiast Mozart znalazł się tam, bo zstąpił z nieba."

Muzyka Mozarta jest idealna, doskonała. Jakby się sama napisała.

E.C.: Lubi Pan Jacquesa Loussiera grającego na jazzowo Bacha?

A.J.: Nie. Tam jest za dużo jazzu. Najpierw jest Bach, potem blues. Wg mnie jeżeli zajmujemy się muzyką klasyczną z punktu widzenia jazzmana, to również powinniśmy improwizować w sposób spójny z tematem – w przypadku improwizacji na temat muzyki Chopina - zgodnie z idiomem Chopinowskim zawartym w tej muzyce. Moim zdaniem nie wolno używać wtedy współczesnych skal, pochodów, świetnych, ale nieadekwatnych. Żeby to korespondowało z tematem, musimy używać środków z danej epoki. Jazzowa improwizacja na temat Bacha powinna być polifoniczna.

E.C.: Ale to byłoby bardzo trudne.

A.J.: Zgadza się. Ale żeby to było chociaż jakieś fugato.

E.C.: Improwizacja nieścisła...

A.J.: Tak. Spójrzmy na Schoenberga. Jego wczesne kompozycje nie były dodekafoniczne, ale zupełnie klasyczne. Świadczą o dogłębnej znajomości warsztatu.

Jeśli improwizujemy jazzowo, tworzymy w obrębie harmonii dur-moll, poruszamy się w obszarze pewnych schematów. To jest trudniejsze niż taka free improwizacja polegająca na czerpaniu ze skali dwunastotonowej. Jeśli od czegoś odchodzimy, to musimy wiedzieć, od czego.

Za życia Bacha improwizowano zresztą na szeroką skalę. Każdy muzyk wtedy improwizował.

E.C.: Czasy basu cyfrowanego...

A.J.: Natomiast aż do czasów Chopina pianista musiał zaimprowizować kadencję w koncercie fortepianowym na temat z pierwszej części. Dzisiaj się tego już nie praktykuje.

E.C.: To prawda. Kadencja jest zapisana.

E.C.: Koncertował Pan ze swoim zespołem na całym świecie – w Meksyku, na Syberii, w Argentynie, Chinach, Libanie, w Izraelu. Grał Pan w Sali Wielkiej Konserwatorium w Moskwie i... w parku w Chicago. Co Pan myśli o obecnych dziś w sztuce tendencjach do burzenia dystansu scena-widownia zaznaczających się także we współczesnym teatrze? Co Pan sądzi o graniu w plenerze? I czym jest dla Pana idea Święta Muzyki?

A.J.: Święto Muzyki to dzień, w którym zarówno zawodowiec jak i amator może muzyką publicznie wyrazić to, co chce. I to jest wspaniałe. Sam brałem udział w Święcie Muzyki w samym Paryżu, w którym narodziła się ta idea. Graliśmy na dziedzińcu muzeum z Januszem Olejniczakiem. Bardzo miło to wspominam.

E.C.: Co Pan myśli o powstaniu w Warszawie jedynej w swoim rodzaju dzielnicy muzycznej - Kwartale Muzycznym? Jak Pan go sobie wyobraża? Czy popiera Pan tę inicjatywę?

A.J.: Kwartał Muzyczny to świetny pomysł.

Dla muzyka bardzo ważny jest kontakt z publicznością. Pierwsze kluby jazzowe były ciasne, zatłoczone. Pianista czuł na plecach oddech słuchacza.

Dobrym przykładem jest Szwecja, w której w restauracjach powyżej pewnej ilości miejsc obowiązkowo musi być zatrudniony muzyk. Działania fal dźwiękowych nie zastąpi głośnik. Muzyka powinna być na żywo. Sztuka powinna być na żywo.

"Nie zastąpi już obcowania ciał obcowanie dusz" - śpiewał Kabaret Starszych Panów. Podczas słuchania muzyki ważny jest ten kontakt fizyczny, realny. Nie wirtualny, jak wtedy, gdy słuchamy muzyki nagranej.

Jak najbardziej popieram tę ideę. Obszar, na którym znajduje się UMFC i Muzeum Fryderyka Chopina jest idealny do jej realizacji. Wiele rzeczy mogłoby się odbywać w zaułkach Foksal - Ordynacka. Kwartał Muzyczny znacząco wpłynie na podnoszenie wrażliwości na muzykę wśród społeczeństwa.

rozmowę przeprowadziła
Eliza CELOCH